Kto się boi Cristiane Justino „Cyborg”? Całkiem sporo zawodniczek, jak się okazuje. O co wcale nie trudno – pani Cyborg zdecydowaną większość swoich walk zakończyła przed czasem (TKO i KO).

Pochodząca z Brazylii zawodniczka budzi postrach, na który zresztą ciężko zapracowała. Gdy w końcu doczekała się swojej dywizji w UFC, czyli 145 lbs, okazało się, że przed nią długa przerwa nim wejdzie do klatki. Dywizja, która powstała jakby wyłącznie pod nią, musiała poczekać na Brazylijkę, która padła ofiarą ścinania wagi (chodzi o dwie poprzednie walki w UFC, które toczyła w kategorii 140 lbs). A gdy Cris nie musiała walczyć z własnym organizmem to do dzieła przystąpiła USADA grożąc Brazylijce (i w sumie już Amerykance, Cris Cyborg w tym roku otrzymała obywatelstwo USA). Jak się okazało sprawę udało się wyjaśnić i pozostało tylko czekać na walkę o pas wtedy już osieroconej dywizji.

Wszyscy chcieli walki z Holly Holm

W czasie gdy trwały zawirowania dotyczące Cyborg dywizja stała pusta. Czas mijał, a pas musiał widocznie pójść w czyjeś ręce, bo władzom UFC kończyła się cierpliwość.

Padło na nieskomplikowany wybór: Holly Holm kontra Germaine de Randamie. Obie panie kroczyły dotychczas w UFC drogą lżejszej wagi koguciej. Ale istota ich gabarytów wytypowała je na główne bohaterki UFC 208, gdzie miały zmierzyć się w walce o pas dywizji 145 lbs.

Holly na wieść, że świeżej jak poniedziałkowe bułki kategorii nie grozi obecność Cris Cyborg, od razu zgłosiła swoją gotowość. Poza tym przydałoby się efektownie wyjść z dołka dwóch porażek pod rząd, z czego pierwsza z nich kosztowała Córkę Pastora mistrzowski pas wagi koguciej.

Fani MMA od jakiegoś czasu z chęcią spekulowali o walce Cyborg vs Holm. I niby sama Holly mówiła, że chce walczyć z Cyborg… gdzieś tam, kiedyś tam.

Jej rywalką okazałą się Holenderka Germaine de Randamie, zwana The Iron Lady.

Żelazna Dama, która okazała się wcale nie taka „żelazna”

Pięciorundowe starcie nie stało na najlepszym poziomie, ale z pewnością zapisało się w pamięci fanów. Z wielu powodów. Jednym z nich były nieregulaminowe uderzenia de Randamie tuż po gongu. Dwa razy zresztą, więc można by zwątpić w ich niezamierzenie.

To jednak nie zmieniało wyniku walki zbyt mocno – jednogłośną decyzją sędziów mistrzowski pas powędrował na biodra Holenderki. W ciągu tej jednej chwili każdy zapomniał o wymarzonym starciu Cyborg z Holm.

Wydawało się, że nic nie może zmącić radości „The Iron Lady”.

„Chcę walczyć!” – powiedziała zaraz w wywiadzie z Joe Roganem. A po chwili, gdy Joe spytał się o Cris Cyborg… Zresztą, zobaczcie sami.

Nagle się okazuje, że przed de Randamie jest operacja ręki i „zobaczymy po tym”.

Bardzo fajnie było trzymać pas i z niego się cieszyć, ale perspektywa walki z groźną rywalką chyba zbyt mocno weszła do głowy nowej mistrzyni, bo to nie była jej jedyna wymówka.

Brak chęci walki z Cyborg tłumaczyła też tym, że nie chce walczyć z kimś kto jest „oszustem”, kto wspomagał się wcześniej niedozwolonymi środkami.

Nowa królowa dywizji 145 lbs nie zdobyła sympatii fanów, choć o to nie było trudno, wystarczyło zobligować się do obrony pasa w starciu z Brazylijką. Fani MMA lubią twarde charaktery. Nowej mistrzyni chyba ta odpowiedzialność zaczęła mocno ciążyć.

Ostatecznie de Randamie znalazła bezpieczny azyl w niższej kategorii 135 lbs, a UFC odebrało jej pas. Holenderka coś tam niby próbowała protestować (słabo i cicho, byle jej słowa nie dotarły do pani Cyborg), ale nikogo już to nie interesowało.

Z długiej przerwy wracała Cris Cyborg, zdrowa, chętna do walki i niepokojona już przez antydopingowe organizacje. Trzeba było jej znaleźć nową rywalkę.

Megan Anderson, czyli łapanka z Invicty – część pierwsza

W czasie gdy Cris Cyborg potężnymi ciosami wykańczała zawodniczki w UFC, osierocony po niej pas w Invicta FC przejęła Megan Anderson. Swoją pozycję 27-letnia Australijka udowodniła pokonując Charmaine Tweet przez TKO w drugiej rundzie. Paradoksalnie nikt wtedy nie mógł wiedzieć, że ta walka wyłoni pretendentkę do pasa UFC.

Gdy zresztą Megan Anderson w przebojowym stylu podbiła dywizję od razu zaczęły się spekulacje dotyczące jej walki z Brazylijką. Dwie królowe dywizji 145 lbs w Invicta FC, które nigdy wcześniej ze sobą się nie zmierzyły. Mogło by być interesująco. Szczególnie, że Anderson nieco wyższa od Cyborg, a zdecydowanie tak samo naturalna pod tą kategorię, wydawała się idealną rywalką.

Długo nie trzeba było czekać. Gdy strach zajrzał w oczy Germaine de Randamie UFC musiało zacząć szukać nowej przeciwniczki. Dywizja świeża, ale jakoś nie zaczął padać deszcz chętnych pań, którym dzięki takiej kategorii wagowej odszedł by koszmar ścinania wagi.

Tym bardziej zestawienie z Megan Anderson wyglądało ciekawie, bo Australijka nie przejawiała lęku i ochoczo zarezerwowała czas na walkę z Cyborg. Ceną była kolejna obrona pasa mistrzowskiego na gali Invicty. Organizacja musiała przemeblować walkę wieczoru, ale nic straconego. Szybko wypełniono lukę walką również w dywizji 145 lbs – w głównym starciu miała wystąpić mistrzyni koguciej w Invicta, czyli Tonya Evinger.

Tymczasem Megan Anderson zepsuła wymarzoną walkę Cris Cyborg o pas UFC. Australijka ogłosiła, że z powodów osobistych nie może przystąpić do tego starcia.

Czy kolejna pani, która wystraszyła się groźnej Brazylijki? Wcześniej pojawiały się głosy, że Megan, tak, oczywiście dorównuje gabarytami pani Cyborg, ale brak doświadczenia stawiał ją w roli underdoga. Może to przesądziło o decyzji Anderson, a może faktycznie wynikły pewne sprawy związane z jej życiem prywatnym? Nie nam to oceniać, ale w oczach fanów kolejna rywalka uciekała od perspektywy spotkania z Cris Cyborg w oktagonie.

Tonya Evinger, czyli łapanka z Invicty – część druga

UFC jest bezlitosne i znów ograbiło galę Invicty z walki wieczoru gdy było już wiadomo, że młoda Australijka nie zawalczy o pas UFC.

Wybór padł na Tonyę Evinger, która rozsiadła się na tronie dywizji koguciej w żeńskiej organizacji. Chęć walczenia kolejne kategorie wyżej stawiała ją jako rywalkę niecierpliwie czekającej Cris Cyborg. I wszystko wskazuje, że do tej walki dojdzie.

Kim jest Tonya Evinger? Prawdopodobnie ostatnia na świeczniku, która nie wygląda na przestraszoną.

Nieskromna, mówiąca co ślina przyniesie na język, duża gwiazda organizacji Invicta FC. Dla fanów UFC znana z tego, że wycałowała dość niejednoznacznie Laurę Senko w wywiadzie po jednej z walk mistrzowskich.

Fani Evinger zawsze żałowali głośno, że 36-latce z Missouri UFC nie dało szansy chociaż nigdy nie przegrała żadnej walki w Invicta i wyczyściła tam całą dywizję 135 lbs.

Teraz nadarzyła się okazja. I to od razu o pas UFC. W wyższej kategorii, gdzie w oktagonie będzie czekała spragniona walki Cris Cyborg.

 

Ciężko nazwać Evinger „mięsem armatnim”. Jej atutem jest doświadczenie i dobre czucie oktagonu bez względu na to czy to parter czy stójka.

Gdyby zresztą przywołać kogoś, kto równie mocno dominował i świecił na firmamencie Invicty to była to właśnie Cris Cyborg, nie bez powodu nazywana najniebezpieczniejszą wojowniczką na tej planecie.

Mimo to nie jest łatwo typować Amerykankę jako faworytkę tego starcia. Ale gdyby spytać się raz jeszcze: „kto boi się Cris Cyborg?” to Tonya Evinger nie będzie jedną z wielu.

Walka o pas mistrzowski Cyborg vs. Evinger odbędzie się 29 lipca na gali UFC 214.