UFC 215. Nunes vs Shevchenko. Gra o tron

Grafika - Marek Romanowski

UFC 215 zbliża się dużymi krokami. W walce wieczoru Demetrious Johnson broniący po raz kolejny pasa w dywizji 125 lbs. Ale oczy wielu zwrócone są na drugie wydarzenie wieczoru, czyli walkę o pas wagi koguciej pomiędzy Amandą Nunes a Valentiną Shevchenko.

Tak się składa, że podobnie jak Johnson dominuje w wadze muszej tak i kogucia miała swoją dominatorkę – Rondę Rousey. W przeciwieństwie do „Mighty Mouse” pani Rousey była wielką gwiazdą UFC, gwarantem sprzedaży PPV, zawsze faworytką. Co do króla muszej zgadza się tylko to ostatnie.

Tymczasem w koguciej pań szykuje się potężna batalia o pas. Zdobycznego będzie broniła Brazylijka, a o jego odebranie będzie starała się Kirgijka (reprezentująca w MMA Peru). To będzie druga walka obu zawodniczek. Ale zanim dojdziemy do kwestii rewanżu warto rzucić okiem na to, co stało się z dywizją 135 lbs pań do tej pory.

EPOKA ROUSEY

Co trzeba zrobić by zmienić zdanie szefa UFC, który zapowiedział kiedyś, że nie będzie w jego organizacji dywizji kobiecych i do tego dostać od razu pas, bez żadnej walki? Trzeba być Rondą Rousey. Brązową medalistką olimpijską w judo, z nieskazitelnym bilansem walk w MMA, wszystkie przez skończenie przed końcem pierwszej rundy. Wciąż imponuje, prawda? Mimo, że znamy dalszy ciąg historii.

Skoro znamy to zróbmy fast forward. Jest rok 2015. Ronda nadal dzierży pas UFC. Wciąż kończąca walki w pierwszej rundzie (wyjątkiem jest Miesha Tate, którą Ronda skończyła dopiero w trzeciej rundzie). Status gwiazdy nie ciąży jeszcze (wtedy pannie) Rousey. „Rowdy” czuje się dobrze w roli pierwszoplanowej, pan McGregor dopiero zaczyna stawać razem z nią w szeregu. Kolejne mięso rzucone do oktagonu – Holly Holm. Bokserka, kickbokserka, duże i skromne dziewczę. Wydaje się, że ta walka nie będzie się wiele różnić od pozostałych.

Jednak dzieje się inaczej. W drugiej rundzie walki kończy się dominacja Rondy. Pokaleczona i okopana schodzi chwiejnie z piedestału i niewiele wskazuje by wróciła na tron w najbliższym czasie. Holly Holm zostaje nową mistrzynią dywizji, która zdawała się być nie do odbicia.

GRA O TRON

Kiedy schodzi z tronu długoletnia królowa zaczyna się batalia. Rousey osuwa się w cień, liżąc rany po przegranej. Tymczasem Holly Holm musi stawić czoła w pierwszej obronie pasa. Na jej drodze staje Miesha Tate. Wydaje się, że jeśli Holm zagra tak samo jak w walce z Rondą to ponownie oszuka przeznaczenie. Ale wola walki Tate jest przeogromna. Przez pięć rund Miesha trzyma się w pionie raz po raz starając się obalić Córkę Pastora, raz po raz skończyć w parterze, raz po raz nieskutecznie. Na punkty starcie wygrywa Holm, ale Tate nie odpuszcza i w końcu w piątej rundzie dusi rywalkę i zabiera pas koguciej do domu.

Pani „CupCake” jednakże w następnej walce nacina na się brazylijski uścisk w pierwszej rundzie. Pas odlatuje na biodrach Amandy Nunes. Tymczasem na powrót do oktagonu gotowa jest eks-królowa, Ronda Rousey. Znów z otchłani wyłaniają się fani Amerykanki, znów cieszą się, że ta pani przywróci status quo. Niestety, nim mija minuta pierwszej rundy sędzia przerywa walkę. Ronda znów obita i sponiewierana wychodzi z oktagonu jako przegrana. To oczywisty dowód na to, że jej epoka już dawno minęła.

Lecz teraz powstaje równie ciężka kwestia: czy zaczyna się epoka Amandy Nunes?

REWANŻ 

Nie ma nic lepszego niż rewanż w walce mistrzowskiej. Emocje wtedy są podwójne, a każdy zwraca uwagę na poprzednią walkę szukając słabych i silnych stron zawodniczek. Oprócz trzech rund dostaniemy dwie dodatkowe. To musi kogoś wykluczyć z obiegu. Taką sytuację mieliśmy na przykład gdy Joanna Jędrzejczyk mierzyła się z Claudią Gadhelą po raz drugi, tym razem w starciu o pas. Tam dwie dodatkowe rundy były decydujące.

To będzie druga obrona pasa w wykonaniu Amandy Nunes. I znów jest spora część fanów MMA, która stawia ją na pozycji przegranej. W poprzednich przypadkach było tak samo, a jednak Brazylijka kończyła pewnie walki przed czasem.

Już wiemy, że bycie faworytem w tej dywizji bywa zwodnicze. Czy jednak nie stajemy w obliczu stonowania wojny o tron w koguciej? Jeśli Nunes pokona Shevchenko (ponownie!) to UFC będzie znów będzie wyglądało, przynajmniej prawie podobnie, jak za czasów Rondy, szukające odpowiedniej rywalki dla mistrzyni. Parę kandydatek na pewno się znajdzie. Ale zanim to nastąpi trzeba spojrzeć realnie na rewanż, którego rozstrzygnięcia dowiemy się w niedzielny poranek.

W ich pierwszej walce na gali UFC 196 to Nunes była górą. Pierwsza runda, dość zachowawcza, ale nie na tyle by nie uznać jej na rzecz Brazylijki. W drugiej rundzie Shevchenko znalazła się w niemałych opałach. Szczególnie sprowadzenie do parteru ukształtowało wynik tego starcia na punkty. Pełna dominacja ze strony Amandy, dużo ciosów, łokci trafiało na twarz Kirgijki. Niewiele też brakowało by osiągnąć zwycięstwo przed czasem przez duszenie. Jednak Valentina dotrwała do końca rundy. W trzeciej rzeczy miały się już inaczej. Paliwo jakby zeszło z Nunes i to Shevchenko była stroną dominującą. Brak wykończenia rzucał się mimo wszystko w oczy. Walkę wygrała przez jednogłośną decyzję sędziów Amanda Nunes.

Trzeba pamiętać, że dwie kolejne walki, które stoczyła Amanda po starciu z Kirgijką były na korzyść Brazylijki, a ich efektem był pas mistrzowski. W tym czasie Valentina na punkty zdecydowanie wygrała starcie z Holly Holm, w następnej walce dzięki założeniu dźwigni wygrała z Julianą Peną.

To wyrównało pogoń Shevchenko ku starciu mistrzowskiemu. Było blisko rozwiązania tej kwestii, ale walka o pas musiała odwlec się w czasie z powodu trudności zdrowotnych Amandy Nunes tuż przed galą, na której miały walczyć (łajdacko wtedy czas na wypromowanie siebie wykorzystała nasza Joasia Jędrzejczyk oznajmiająca, że może tu i teraz stanąć na przeciwko Valentiny).

Po tych plecach ostatecznie może się wciąż wspiąć tylko jedna z tych pań – mistrzyni 135 lbs lub sama Shevchenko. Na ile jednak będzie w stanie przeboleć lepszy parter, który prezentuje jej przeciwniczka? Na ile wytrzyma próby łomotu, który będzie praktykować aktualna mistrzyni? Nie od dziś wiadomo bowiem, że Nunes ma ciężką pięść, zdolną położyć niejedną zawodniczkę.

Na ten dzień szanse walecznej „Bullet” nie wyglądają najlepiej. Ale na pewno po stronie Valentiny jest doświadczenie, które uzyskała z pierwszej walki z Brazylijką. Można spróbować przetrzymać pierwsze rundy, a potem wywindować się na poziomie spadającej kondycji rywalki. Jest do wygrania te pięć rund, przed czasem lub też nie. Boleśnie lub bez… raczej boleśnie.

Gdy Amandzie skończą się argumenty w stójce na pewno będzie dążyć do parteru, a tam szanse jej rywalki słabną. A mimo to wciąż trudno przewidzieć wynik tej walki, którą zobaczymy na gali UFC 215.

Gra o tron w wadze koguciej pań powoli się krystalizuje. Jeśli Nunes zdoła utrzymać pas będzie można mówić o pewnej dominacji w dywizji. A z drugiej strony jeśli Shevchenko zdoła wygrać to też nikt nie będzie odbierać jej zdobytego berła. Dlatego ta walka jest bardzo ciekawa. Można tęsknić za złotą epoką Rondy Rousey, ale po jej odwrocie nie można machnąć ręką na dywizję kogucią w UFC.

Wszak odkąd wielka gwiazda „Rowdy” straciła koronę, dzieją się tam rzeczy niebywałe, zmieniające kształt całej dywizji. Może wielu fanów straciło serce do 135 lbs kobiet odkąd nie ma Rondy, a Nunes nie wynagradza w sensie promocji schedy po Amerykance, ale to nie znaczy, że tam nie dzieje się nic.

Dzieje się całkiem sporo. I sam fakt ponownego zestawienia Nunes i Shevchenko to pokazuje. I podobnie jak w „Grze o tron” mamy lwa (a raczej lwicę – „Lioness” Nunes) w zawodach. Nie ma sensu dyskutować którą „serialową” stronę prezentuje Shevchenko. Smokiem dywizji wciąż pozostaje Ronda Rousey, która odeszła z MMA po dwóch porażkach.

Ale smok odleciał, a tron wciąż jest w grze.