Donald Trump podczas UFC 327 osobiście poprosił Danę White’a o dodanie Derricka Lewisa do karty walk historycznej gali w Białym Domu. Szef UFC nie zwlekał – jeden telefon wystarczył, by zestawić starcie z Joshem Hokitem, który zgodę wyraził jeszcze przed transportem do szpitala.
Historia tego pojedynku brzmi jak scenariusz hollywoodzkiego filmu, ale rozegrała się w rzeczywistości podczas sobotniej gali UFC 327 w Miami. Dana White zdradził, że Donald Trump zapytał go wprost, dlaczego w karcie walk UFC Freedom Fights 250 nie ma Derricka Lewisa. Szef największej organizacji MMA na świecie nie potrzebował długich namysłów – chwycił za telefon, zadzwonił do legendarnego zawodnika kategorii ciężkiej, a ten natychmiast wyraził zainteresowanie występem przed prezydentem Stanów Zjednoczonych.
Rywal pojawił się niemal natychmiast. Kontrowersyjny Josh Hokit właśnie schodził z klatki po fenomenalnym starciu z Curtisem Blaydesem, które przyniosło mu podwójny bonus w wysokości 200 tysięcy dolarów – po 100 tysięcy za walkę wieczoru oraz występ wieczoru. Zanim jeszcze trafił do szpitala na rutynowe badania, został zapytany o potencjalny pojedynek z Lewisem. Odpowiedź była twierdząca, a White oficjalnie ogłosił starcie jeszcze podczas transmisji na żywo z gali.
Dla Hokita to szansa na zmierzenie się z jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w historii UFC. Amerykanin pozostaje niepokonany w profesjonalnej karierze, a w organizacji White’a stoczył dopiero trzy walki. Kontrakt wywalczył w sierpniu 2025 roku podczas Dana White’s Contender Series, pokonując Guilherme Uriela w drugiej rundzie. Następnie błyskawicznie kończył Maxa Gimenisa i Denzela Freemana w pierwszych odsłonach, a teraz jednogłośną decyzją sędziów ograł doświadczonego Blaydesa. Seria zwycięstw i efektowny styl sprawiają, że 9-0 w rekordzie to nie przypadek – Hokit to jeden z najbardziej obiecujących ciężkich wag w UFC.
Po drugiej stronie klatki stanie Derrick Lewis, 41-letnia legenda kategorii ciężkiej z 31 pojedynkami w UFC na koncie. „The Black Beast” to zawodnik, który w ostatnich latach przeplatał spektakularne wygrane z bolesnym porażkami. Dla Lewisa występ w Białym Domu na osobiste życzenie prezydenta to nie tylko prestiż – to szansa na udowodnienie, że wciąż potrafi zagrażać czołówce dywizji.
