Borys Mańkowski po zakończeniu kariery przygląda się MMA z zupełnie innej perspektywy i przyznaje, że dziś zmieniłby wiele zasad obowiązujących w tym sporcie. Były mistrz KSW uważa, że MMA poszło w kierunku zwiększania brutalności, podczas gdy większy nacisk powinien być położony na technikę zawodników. Mańkowski opowiedział również o cenie, jaką fighter płaci za codzienne treningi – jego zdaniem zawodnik często funkcjonuje jak „zombie”, niemal całkowicie podporządkowując życie przygotowaniom do kolejnej walki.

Borys Mańkowski przez lata należał do najbardziej rozpoznawalnych polskich zawodników MMA. Były mistrz KSW ostatni pojedynek stoczył w styczniu 2023 roku, kiedy został znokautowany przez Valeriu Mirceę latającym kolanem. Od tamtej pory nie pojawił się już w klatce, a po zakończeniu zawodowej kariery może spojrzeć na MMA z dystansu, którego wcześniej nie miał.

W rozmowie z Filipem Lewandowskim były mistrz poruszył między innymi temat specyfiki sportów walki oraz tego, jak wygląda życie zawodnika, który przez lata podporządkowuje niemal wszystko kolejnym treningom i pojedynkom.

„To jest sport dla wariatów”

Mańkowski nie ma wątpliwości, że MMA jest dyscypliną wyjątkowo brutalną. Co więcej, jego zdaniem skala tej brutalności wynika nie tylko z charakteru samej rywalizacji, ale również z zasad, które pozwalają zawodnikom na stosowanie określonych technik.

Były mistrz KSW przyznał, że po latach spędzonych w tym sporcie jego spojrzenie na tę kwestię mocno się zmieniło.

No to jest porąbany sport. Ja już właśnie tak jak napisałem też w książce, że to jest sport dla wariatów, nie? I to zupełnie szczerze. No patrz, jak my uczymy się krzywdzić innych ludzi, rozumiesz? I później nie, że tylko się uczymy, tylko my to robimy, nie? Ty masz wyrządzić jak największą krzywdę drugiemu człowiekowi, a ten drugi ma wyrządzić tobie. Jak to nie ma nie mają się zdarzyć kontuzje, jeżeli my się tego uczymy, rozumiesz?

Mańkowski zwrócił uwagę na pozornie oczywistą, ale często pomijaną kwestię. Zawodnicy MMA przygotowują się przecież do tego, aby podczas walki zadawać rywalowi jak największe obrażenia, jednocześnie sami narażając się na dokładnie takie same konsekwencje.

Dlatego jego zdaniem trudno oczekiwać, aby przy obecnych zasadach całkowicie wyeliminować kontuzje.

„Ja bym wyeliminował łokcie”

Były zawodnik KSW poszedł jednak o krok dalej i wskazał konkretną technikę, którą najchętniej usunąłby z MMA. Chodzi o łokcie w parterze.

Mańkowski uważa, że część tego typu technik nie zwiększa szczególnie poziomu sportowego pojedynku, a jedynie sprawia, że walka staje się bardziej brutalna.

Wiesz, na przykład łokcie, od zawsze mówiłem, ja bym wyeliminował. W ogóle nie ma łokci, rozumiesz, że jak odkryta część typowo wielce mnie inaczej tu nie potrzeba nie wiadomo jakiej finezji, żeby tej techniki się nauczyć, żeby to były takie sztuki walki, tylko po prostu czasami ktoś ci pierdyknie taki w cudzysłowie tępy łokieć i wiesz i może ci rozciąć gdzieś tam głowę i tak dalej, że są takie rzeczy, które naprawdę bym mega wyeliminował, a które są dozwolone, a są tak naprawdę tylko po to dozwolone, żeby ten sport był jeszcze bardziej brutalny.

W ocenie Mańkowskiego nie chodzi więc o całkowite odebranie MMA jego charakteru. Były mistrz chciałby raczej, aby przepisy w większym stopniu premiowały umiejętności techniczne zawodników, zamiast dodatkowo zwiększać poziom przemocy.

„Brutalności jak najmniej”

Mańkowski przedstawił nawet swoją wizję tego, jak powinno wyglądać MMA, gdyby to od niego zależało ułożenie zasad.

Jego zdaniem zawodnicy nadal powinni mieć możliwość wykorzystywania szerokiego wachlarza umiejętności, ale przepisy powinny zostać skonstruowane w taki sposób, aby premiować przede wszystkim wszechstronność i technikę.

Ja jakbym miał to zrobić, to bym okiełzał te zasady w taki sposób, żeby były nazwijmy to ucywilizowane, ale żeby zasady były uporządkowane w taki sposób, żeby pokazać kto jaki ma duży zasób techniczny, że im większy zasób techniczny, który potrafisz gdzieś tam wykorzystać, tym lepiej, ale tej brutalności jak najmniej. Jakby nie, a to idzie w drugą stronę.

To podejście stoi nieco w kontrze do tego, czego oczekują kibice. MMA od lat przyciąga widzów właśnie swoją nieprzewidywalnością i możliwością zakończenia walki efektownym nokautem czy brutalnymi akcjami w parterze.

Mańkowski zdaje sobie z tego sprawę, ale nie zmienia to jego opinii.

No bo wiesz, bo ludzie tego oczekują. Niestety.

„Wychodzisz jak zombie z tej sali”

W dalszej części rozmowy Mańkowski opowiedział również o drugiej stronie zawodowego MMA, której kibice często nie widzą. Chodzi o codzienność zawodnika podczas obozu przygotowawczego.

Były mistrz zwrócił uwagę, że trening sportów walki pochłania ogromne ilości energii. Co istotne, jego zdaniem nawet wielogodzinne wykonywanie ćwiczeń ruchowych nie jest dla organizmu porównywalnym obciążeniem do godzinnego treningu walki, podczas którego zawodnik daje z siebie wszystko.

Ja widzę po sobie, ja teraz robię movement, robię tam w szerokie pojęcie, ale dobra, pogadamy, ale robię powiedzmy, wiesz, mnóstwo różnych dziwnych ruchów i tak dalej. Zajmuje mi to trzy godziny dziennie czasami. I ja nie jestem tak zmęczony jak pójść na trening sportów walki, gdzie dajesz z siebie wszystko przez godzinę.

Mańkowski posłużył się bardzo obrazowym porównaniem. Według niego zawodnik może rozpocząć dzień z pełnym zapasem energii, a po jednym ciężkim treningu zostać niemal całkowicie „wyłączony”.

I teraz dlaczego o tym wszystkim mówię, że masz ten poziom energii, budzisz się rano, idziesz na ten trening i nagle godzina bach, mija, powiedzmy jest 11:30, nagle ten pasek brum do 10% spada i ty po prostu wychodzisz jak zombie z tej sali, a jest godzina 11:30, a gdzie dalej dzień?

Na tym jednak problem się nie kończy. Zawodnik musi przecież jeszcze tego samego dnia wrócić na kolejny trening. Dlatego między jednym a drugim wysiłkiem pozostaje przede wszystkim regeneracja.

Mańkowski wspominał, że w czasach kariery oznaczało to podporządkowanie praktycznie całego życia przygotowaniom.

„Ty nie żyjesz, tylko jesteś trochę w trybie zombie”

Były mistrz KSW zwrócił uwagę, że szczególnie trudne może być to dla zawodników posiadających rodziny. Dzieci mogą chcieć spędzić z ojcem czas, wyjść gdzieś czy po prostu zrobić coś wspólnie, ale fighter podczas obozu musi myśleć przede wszystkim o tym, aby zachować energię na następny trening.

I tak mimo tego, powiedzmy, jeżeli masz dzieciaki, oni chcą coś z tobą porobić, nie wiem, jakiekolwiek inne rzeczy, takie zwykłe, życiowe, a ty co siedzisz i mówisz tak: „Nie, nie czekajcie, ja muszę odpoczywać, no bo wieczorem muszę zrobić kolejny ten trening, muszę dać z siebie, no bo inaczej przegram i tak dalej”. Więc ty nie żyjesz, tylko jesteś trochę takim trybie zombie, nie, w takim tunelu. No i wieczorem idziesz znowu zrobić ten znowu zrobić ten trening do zera.

Mańkowski wspomniał nawet o sytuacjach, w których w weekend chciał spędzić czas z rodziną, ale zamiast tego musiał oszczędzać energię przed kolejnymi jednostkami treningowymi.

W tym kontekście przywołał również Mateusza Gamrota, z którym przez pewien czas był sąsiadem.

No przecież ja z Gamerem byliśmy sąsiadami, ja ile razy pamiętam, gdzie mimo wszystko ja nie potrafiłem inaczej. Na przykład sobota, niedziela to mnie aż rwało do życia, nie? Ja wiesz, ja wstawałem na przykład rano już z moją Danusią, żeby jechać na cały dzień, jakieś jeziora, rowery wymyślać, żeby po prostu sobie pożyć, a Gamer psychopata: „Nie, nie, Borys, ja się dzisiaj nie ruszam. Nie, ja mówię jak sobota, niedziela. Nie, ja muszę oszczędzać energię. Muszę zregenerować ją do poniedziałku”.

Jak przyznał Mańkowski, z perspektywy czasu dopiero dostrzega, jak mocno taki tryb życia ograniczał możliwość cieszenia się zwykłymi rzeczami.

Po zakończeniu kariery przyszła wolność

Dzisiaj Mańkowski może już spojrzeć na tamten okres z dystansu. Sam przyznaje, że jednym z powodów, dla których cieszył się na zakończenie kariery, była możliwość rozwinięcia innych zainteresowań i odzyskania większej swobody. Nie oznacza to jednak, że żałuje swojej drogi. Wręcz przeciwnie – były mistrz podkreślał, że jest szczęśliwy, iż zdecydował się na karierę zawodnika MMA.

Jednocześnie jego obecne spojrzenie pokazuje, jak ogromną cenę może mieć zawodowe uprawianie tego sportu. Z zewnątrz kibic widzi przede wszystkim kilka lub kilkanaście minut walki. Dla zawodnika jest to natomiast zwieńczenie tygodni, a często miesięcy podporządkowania całego życia przygotowaniom.

Mańkowski po zakończeniu kariery nie odcina się więc od MMA. Nadal pozostaje blisko sportu, ale dzisiaj może dostrzec jego elementy, których wcześniej – będąc w samym środku rywalizacji – niekoniecznie miał możliwość ocenić w ten sam sposób.

Jego słowa o „sporcie dla wariatów” oraz postulacie ograniczenia brutalności pokazują natomiast, że po latach spędzonych w klatce były mistrz patrzy na MMA nie tylko jak zawodnik, ale również jak człowiek, który doskonale zna cenę, jaką trzeba zapłacić za funkcjonowanie na najwyższym poziomie.

Zobacz także: Islam Makhachev wskazał swojego następcę! „Myślę, że zostanie mistrzem po moim odejściu”

źródło: Filip Lewandowski Podcast – rozmowa z Borysem Mańkowskim | foto: Facebook / KSW