Iwo Baraniewski poniósł na UFC 331 pierwszą zawodową porażkę w karierze, przegrywając niejednogłośną decyzją z Alonzo Menifieldem. „Rudy” po walce w rozmowie z naszą redakcją opowiedział o ogromnym rozgoryczeniu, najtrudniejszym zbijaniu wagi w karierze, problemach z rozłożeniem sił oraz wnioskach, które wyciągnął z pierwszej przegranej po dziewięciu zwycięstwach w pierwszych rundach.

Iwo Baraniewski po raz pierwszy w zawodowej karierze musiał zaakceptować porażkę. Wcześniej „Rudy” wygrał dziewięć pojedynków z rzędu, wszystkie kończąc przed czasem w pierwszej rundzie. Na UFC 331 stoczył jednak pełne trzy rundy z Alonzo Menifieldem, a o wyniku zdecydowali sędziowie.

Po walce emocje były dla Polaka wyjątkowo trudne. Jak przyznał w rozmowie z naszą redakcją, najbardziej bolał go nie sam fakt utraty nieskazitelnego rekordu, lecz świadomość, że pojedynek był w jego zasięgu.

Bardzo dużo. Bardzo dużo. Ten czas od razu po walce był najgorszy. Najgorszy. Przez jakiś czas się nie odzywałem do nikogo, bo musiałem to przetrawić. To jest cały czas, mnie to boli. To tak schodzi trochę, dzień po dniu trochę schodzi, ale cały czas to odczuwam. To jest taki jednak ból w środku. Teraz mnie najbardziej boli nie to, że ja tam przegrałem. Znaczy, w sumie no, boli mnie trochę to, że przegrałem, ale nie pod kątem tego, że ja straciłem zero i nie jestem nieskazitelny, tylko pod kątem tego, że walka była bardzo bliska. I tego mi najbardziej szkoda, że kurczę, mogłem to wygrać, a mogłem to przegrać, no ale mogłem zrobić trochę więcej i mogłem to wygrać. Więc tego mi najbardziej szkoda. Najbardziej tak odczuwam.

Najtrudniejsze zbijanie wagi w karierze

Jednym z problemów, z którymi Baraniewski mierzył się jeszcze przed wejściem do oktagonu, było zrobienie limitu wagowego. Polak zdradził, że dzień przed ważeniem miał do zbicia około 2,6 kilograma, a organizm przestał reagować na kolejne próby odwodnienia tak, jak wcześniej.

„Rudy” przyznał, że było to zdecydowanie najtrudniejsze zbijanie wagi w jego dotychczasowej karierze.

W ogóle rano to było z dwa kilo. Jak kładłem się spać, to miałem 2,6, mimo tego, że trzy razy wchodziłem tam do tej sauny, takiej, wiesz, co głowa wystaje. Tam w sumie miałem pięć kilo dzień wcześniej i zaczęliśmy tę saunę robić. W ogóle zrobiłem trening, półtora kilo mi zeszło. Mówię: kurczę, no tyle mi zeszło, no to tę saunę dwa razy wejdę i się wypocę szybciutko. A to zaczęło mi schodzić po 400, 500 gramów. Do tego męczyło mnie to bardzo. Położyłem się spać i miałem 2,6 do zrobienia. 600 gramów mi zeszło przez noc, co i tak wydaje mi się, że dużo, bo zazwyczaj to prawie nic mi nie schodziło. Jakoś byłem taki odwodniony trochę. No i dwa kilo na rano zostało. Mówię: też 400, 500 gramów, to trzy razy wchodziłem. Jak już trzy razy wszedłem, to jeszcze tam było 100 gramów ponad. Ale się osuszymy, pójdziemy tam na ważenie, przejście, wyjście, no to jednak coś tam się przepali, to te 100 gramów zaraz zejdzie. A tam wchodzimy na tę wagę i było, wiesz, te 100 gramów, gacie ściągnąłem, też nie schodziło i musieliśmy jeszcze wrócić i dorobić tę saunę. No, najcięższe zbijanie w mojej karierze było. Mam też wrażenie takie, że po prostu organizm się trochę zbuntował, bo robiłem piąty raz tę hydrolizę. Więc wiesz, no już też nie chciał tej wody wydalać. Ja nigdy nie miałem problemu z tym, żeby się wypocić. Zazwyczaj jak chodziłem do takiej sauny, to dwa, trzy kilo na lekko. A teraz tak nie było i to mnie kosztowało trochę mocniej, znaczy trochę mocniej, bardzo mocno mnie to kosztowało tym razem.

Baraniewski zwrócił również uwagę na częstotliwość kolejnych startów. Jak przyznał, w ostatnim okresie zbijanie wagi odbywało się praktycznie co dwa-trzy miesiące.

Wydaje mi się, że zbyt częste zbijanie wagi, bo tak naprawdę ja co dwa, trzy miesiące zbijałem tę wagę. Ja na co dzień ważę gdzieś koło 103, 104. Teraz miałem trochę więcej, też trochę mi tam pozatrzymywało wodę po drodze, ale to nie miało akurat znaczenia. Mi się wydaje po prostu to, że już organizm znowu czuł, że idzie, zbliża się ten czas, gdzie zbijam wagę. Nawet mi jakoś super nie schodziło. Jak obniżałem kalorie, to ta waga tam mi gdzieś ledwo co chodziła, a tak to trzymało się wysoko. Wydaje mi się, że to jest kwestia tego, że po prostu za często i że ten organizm już czuł, że coś się zbliża i już zaczął się buntować. Teraz chciałbym, żeby ten organizm odpoczął. No to z jednej strony chciałbym, żeby ten organizm odpoczął, a z drugiej strony chciałbym jak najszybciej zmazać tę przegraną. Więc taki jestem. To jest też dodatkowo takie rozdarcie w środku, że raz, że była bliska walka, a dwa, że chciałbym niby szybko wrócić, żeby od razu już zmazać, a z drugiej strony no nie mogę, bo musi ten organizm odpocząć, bo będzie znowu to samo.

Pierwsza runda kosztowała go sporo energii

Pojedynek z Menifieldem rozpoczął się bardzo intensywnie. Obaj zawodnicy od pierwszych sekund wdali się w mocne wymiany. Baraniewski uważa, że właśnie tempo pierwszej rundy miało duży wpływ na jego późniejszą dyspozycję.

Na pewno najwięcej zabrało to, że kurczę, poszły w ruch ręce w pierwszej rundzie i te ciosy, no to było wszystko na urwanie głowy. On też mi chciał urwać głowę, więc tam były napinki przy tych wymianach. To na pewno swoje też odebrało trochę. Może ten klincz, nie wiem, czy to ta waga, może coś miało wpływ, no nie wiem, ciężko mi to powiedzieć, ale na pewno ta pierwsza runda była mocna. Mocno poszliśmy i wydaje mi się, że też dużą część to zabrało mi tlenu. Może ewentualnie ta waga gdzieś tam w trzeciej rundzie, że nie mogłem takiego zrywu zrobić. Może taki minimalny aspekt jakiś. Może, no nie mam pojęcia w sumie, bo to takie wróżenie z fusów trochę.

„Rudy” nie ma jednak wątpliwości, że musi poprawić również zarządzanie energią podczas walki.

Trzeba nad tym popracować. Nad rozkładaniem sił to na pewno. Jakbym, nie wiem, o cztery akcje zrobił mniej w pierwszej rundzie, a przełożył je na drugą albo trzecią, to już bym może miał dwie rundy w kieszeni. Więc to rozkładanie sił też na pewno. Ale wiesz, to też było dla mnie ciężkie, bo pierwszy raz byłem w takiej sytuacji. Więc też mam do siebie zarzuty, że mogłem. Bo widać, że tam w trzeciej rundzie gdzieś po tym klinczu on jakieś takie niby ciosy, po prostu żeby tylko tak zaznaczyć rundę, gdzieś tam mnie pykał. Jakieś tam uderzenia, taką aktywność po prostu zaznaczał. Tak samo było w drugiej rundzie pod koniec. On wiedział po prostu, też to doświadczenie wyszło, że on wiedział, kiedy trzeba docisnąć, kiedy trzeba tam podkręcić. Druga runda, końcówka, też on tam podkręcił lekko. I to też jednak chyba wpływa na to, że sędziowie przychylniej patrzą, że po prostu jego aktywność była większa.

Baraniewski wskazał na doświadczenie Menifielda

Polak w rozmowie docenił również sposób, w jaki jego rywal radził sobie w trudnych momentach. Baraniewski dwukrotnie miał okazję mocno naruszyć Menifielda, ale Amerykanin potrafił wykorzystać klincz i ograniczyć kolejne ataki.

Teraz jak sobie spokojnie na tym myślałem, to wiesz, tylko tam podłączyłem dwa razy, a on inteligentnie już ręce mi kładł na barkach, gdzieś się przytulał, on wtedy sobie dochodził do siebie. A mogłem po prostu zamiast tego klinczu, to mogłem go lekko odepchnąć i ładować dalej bombami. Była jedna sytuacja taka, że pod siatką on już się tam gdzieś chwiał i gdzieś mi położył te ręce, to ja go złapałem, to już tam doszedł do siebie. Druga sytuacja też była taka, że gdzieś go tam trafiłem, on się chwiał, no i wtedy go obaliłem, a mogłem tak naprawdę go odepchnąć. Ale za każdym razem, zobacz, on właśnie tak mądrze te ręce kładł na mnie, że tak mnie sklejał. Ja wtedy też go sklejałem i to właśnie też takie trochę było cwaniarstwo jego. Wiesz, cwaniarstwo, takie doświadczenie.

Baraniewski wskazał również, że Menifield był prawdopodobnie jego najsilniejszym fizycznie przeciwnikiem w dotychczasowej karierze.

„Nie chciałbym wygrać przez jego kontuzję”

W trakcie pojedynku Menifield doznał poważnego urazu kciuka, który po walce wyglądał na mocno przemieszczony. Baraniewski nie zdawał sobie jednak sprawy z problemu w trakcie walki.

Ja nawet nie wiedziałem, że on ma coś z palcem. Dopiero się dowiedziałem na X-ie, na zdjęciach, jak się skończył, czy tam na wywiadzie w klatce, jak on pokazywał ten palec. Później na Instagramie zobaczyłem. Początkowo myślałem, że oni go tam wzywają, że albo rozcięcie, albo mu się tejpy coś tam w ręku zawinęły. Tak naprawdę on tam na chwilę podszedł, coś tam zrobili i od razu wrócił. Po prostu wydawało mi się, że głównie te tejpy coś mu odstawały i że tam mu poprawili po prostu. To nawet nie wiedziałem, że coś w ogóle jest z tym kciukiem. Dopiero właśnie jak wróciliśmy i tam wziąłem telefon, to zacząłem dopiero na Instagramie i na X-ie widzieć, że miał takiego kciuka wywalonego.

Zapytany, czy chciałby, aby pojedynek został przerwany w trzeciej rundzie z powodu urazu rywala, Baraniewski odpowiedział jednoznacznie.

Nie, no tak bym nie chciał. Ale chciałbym po prostu, żeby było tak jak było, tylko żebym wygrał. To by było najlepiej.

„Nie mam pretensji do sędziów”

Ostatecznie sędziowie niejednogłośnie wskazali na Menifielda. Baraniewski nie ukrywał rozgoryczenia, ale jednocześnie nie zamierzał obarczać odpowiedzialnością arbitrów.

Dziwna była ta sytuacja po prostu, że stoję do werdyktu, bo nigdy nie stałem na zawodowstwie. Nie wiedziałem sam. Wydawało mi się właśnie, że jest po prostu równa walka i taki w sumie byłem niepewny i sam byłem ciekawy, co się wydarzy. Rozgoryczenie. Rozgoryczenie takiego szoku, ale takiego bardziej, że kurczę, ale szkoda czegoś takiego, że było blisko. W klatce to jeszcze emocje były takie, trochę najgorzej im dalej w las szło. Jak schodziłem do lekarza, jak później wracaliśmy, no to było ciężkie. Ale nie mam poczucia oszustwa, kontrowersji czy jakiegoś żalu do sędziów. Bliska walka, no dla mnie była taka. Tak samo jak na niego jest. Mogło być na mnie, mogło być na niego, więc jakby no to już ja mogłem zrobić więcej, a nie mieć pretensji do sędziów. Nie mogłem tego skończyć przed czasem, to by nie musieli sędziowie, nie musiałbym czekać na werdykt sędziów.

Jak zdradził „Rudy”, również sztab Menifielda miał być zaskoczony końcowym wynikiem.

Sam Alonzo był też w szoku, no tak jak mówisz na tym nagraniu, ale trener właśnie podszedł, jego trener do moich i powiedział właśnie, że nie wie w ogóle, co się stało, że przeprasza, ale że dla niego to my wygraliśmy tę walkę. Więc szkoda, szkoda. No ale tak musiało być.

„Nawet jak będę zdychał, będę szedł do przodu”

Pierwsza porażka przyniosła Baraniewskiemu również konkretną lekcję dotyczącą punktowania walk. Polak przyznał, że wcześniej nie przykładał aż tak dużej wagi do aktywności w ostatnich sekundach poszczególnych rund.

Lekcja naprawdę mocna. Też to mi dało dużo, że na pewno już w każdej rundzie muszę, kurna, mimo tego, że nawet tam będę umierał, to muszę cisnąć, iść do przodu. Nie wiedziałbym tego, jakbym tego nie przeżył. Teraz myślałem, że, znaczy nie myślałem nawet o tym, że tam się zaznacza końcówkę rundy, że to po prostu tyle, ile się dało w rundzie, to później to wyliczą. A to jednak ma jakieś znaczenie tam, że nawet tę końcówkę, żeby przycisnąć, żeby pokazać, że to jakby moja runda jest. A teraz już wiem, że nawet jak już będę właśnie zdychał, to i tak będę szedł do przodu i po prostu będę zaznaczał te rundy.

„Za dwa, trzy tygodnie chciałbym wrócić na salę”

Baraniewski zdaje sobie sprawę, że po tak intensywnym okresie i trudnym zbijaniu wagi potrzebuje odpoczynku. Jednocześnie nie zamierza robić sobie wielomiesięcznej przerwy od treningów.

Może tak za dwa, trzy tygodnie bym sobie wrócił, ale tak na technikę, na poruszanie się, na taki spokojny trening po prostu. Nie na taką może właśnie jakąś technikę nową, żeby się nauczyć, ale tak, żeby nie szarpać tempa, raz dziennie, żeby sobie pochodzić, potrenować. Bo wiesz, za miesiąc jakbym wrócił, to bym chyba na świnię ogromną był i 110 kilo ważył. Ja muszę po prostu wrócić za dwa, trzy tygodnie. Jeszcze tak akurat się nie rozpędziłem ostro tutaj, bo mówię, takiego humoru nie miałem, żeby tak żreć, ale już powoli to wszystko wraca. Stawiam, że w Polsce też jest dużo knajp, w których jeszcze nie byłem, a chciałem być, więc muszę na pewno wrócić, cokolwiek się tak poruszać. Wiadomo, żeby tam nie przeciążać się, ale żeby tak lekko.

Baraniewski docenił wsparcie kibiców

Mimo pierwszej porażki „Rudy” po powrocie z Los Angeles spotkał się przede wszystkim z pozytywnymi reakcjami kibiców.

Tak, za co bardzo dziękuję również wszystkim fanom. Ja głównie widziałem właśnie tylko słowa wsparcia, jakieś miłe komentarze. Nie było jakichś takich, że albo nie dotarłem do nich może. W sumie nie widziałem jakichś takich, że mnie gdzieś tam cisnęli. Dlatego bardzo dziękuję, że mam takich fanów. Nie jestem w stanie, tak jak już mówiłem niejednokrotnie, odpisać każdemu, no bo to jednak pada w mocny spam. Ja też nie wszystkie wiadomości w ogóle nawet widzę, ale bardzo dziękuję wszystkim za wsparcie.

„Jeden z najlepszych momentów w życiu”

Podczas rozmowy Baraniewski odniósł się również do sukcesu swojego kolegi z Uniq Fight Club, Damiana Piwowarczyka, który niedawno zdobył kontrakt z UFC dzięki zwycięstwu na Dana White’s Contender Series.

„Rudy” doskonale pamięta własne emocje związane z podpisaniem kontraktu z największą organizacją MMA na świecie i cieszył się, że Piwowarczyk będzie kolejnym Polakiem w UFC.

Nie no, super, super. Wielkie gratulacje dla Damiana. Też mu tam pisałem. Wiem, jakie to uczucie, wiem, jak to smakuje i wiem, jak bardzo to cieszy, bo rok temu ja to przeżywałem. No super uczucie. Taki jeden z najlepszych momentów w życiu. Dla mnie to pewnie dla niego też.

Baraniewski, który przed UFC 331 miał na koncie dziewięć zwycięstw w pierwszych rundach, w najbliższych tygodniach skupi się przede wszystkim na regeneracji i wyciągnięciu wniosków z pierwszego pełnego dystansu w zawodowej karierze. Sam podkreśla, że nie traktuje przegranej jako końca drogi, lecz jako bardzo mocną lekcję.

Zobacz także: Damian Piwowarczyk zdradził plan po otrzymaniu kontraktu z UFC: „Chcę walczyć za 3-4 miesiące”