Site icon InTheCage.pl

Jacek Czajczyński po Strife 17: „Zawsze jestem underdogiem. Najpierw gruby, teraz gruby i stary – no to kur** patrzcie”

Jacek Czajczyński po Strife 17: „Zawsze jestem underdogiem. Najpierw gruby, teraz gruby i stary – no to kur** patrzcie”

Brutalny main event w wadze ciężkiej, zmiana narracji i jasny sygnał wysłany całemu środowisku.
Jacek Czajczyński udusił Łukasza Parobca w walce wieczoru gali Strife 17 i po raz kolejny udowodnił, że weterani starej szkoły wciąż potrafią dyktować warunki. Po pojedynku „Godzilla” bez ogródek opowiedział o planie na walkę, parterowym wykończeniu, szacunku do rywala i swojej przyszłości w MMA.

Jeszcze przed walką wielu skreślało Jacka Czajczyńskiego, wskazując Łukasza Parobca jako wyraźnego faworyta. Sam Jacek doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Zawsze jestem underdogiem. Najpierw mnie umniejszają, bo jestem gruby. Teraz, że jestem gruby i stary, no to kur** patrzcie.

– mówił bez ogródek po zwycięstwie przed naszymi kamerami.

Plan był prosty: przetrwać stójkę i wejść w tempo

Czajczyński nie ukrywał, że spodziewał się mocnej, agresywnej stójki ze strony mistrza GROMDY.

Widzieliśmy, że będzie grzało od samego początku. Wiedzieliśmy, że Łukasz będzie szedł mocno tą tylną ręką. Liczyłem, że coś tam trafię, niekoniecznie ręką, ale najważniejsze było wejść w tempo i obalić.

– tłumaczył.

Moment, w którym walka trafiła do parteru, okazał się kluczowy.

Jak już go miałem na boku i wiedziałem, że sobie tam radzę, to było wiadomo, że idziemy do końca – dodał.

Parter, łokcie i decyzja w ostatnich sekundach

W parterze Czajczyński konsekwentnie wykluczał rękę Parobca, szukając otwarcia do skończenia przed czasem.

Jakby się udało, to bym go ubił łokciami. Ten jeden łokieć zrobił spustoszenie, ten guz sam się nie wziął. Myślałem też o kimurze, o krucyfiksie, ale wiedziałem, że będzie próbował wstawać.

Czas grał kluczową rolę.

Słyszałem, jak krzyczą, że dwadzieścia sekund do końca rundy. Albo kończymy teraz, albo bijemy się dalej. Był krzyk, był piec i timing się zgodził.

– relacjonował.

Szacunek do Parobca: „Sportowa walka, zero animozji”

Mimo brutalnego przebiegu pojedynku, Czajczyński z dużym szacunkiem wypowiadał się o rywalu.

Ja naprawdę szanuję Łukasza. Nie mieliśmy żadnych animozji. Poznałem go prywatnie przy ogłoszeniu walki. To była sportowa walka od początku do końca. Tak się postrzegam – jako sportowiec – i tak chcę być traktowany.

Zapytany o siłę ciosów Parobca, nie próbował niczego umniejszać.

W wadze ciężkiej każdy grubas bije mocno. Każdy jednym ciosem może zgasić światło. Chodzi o to, żeby cię nie trafił. Łukasz bije mocno, to mistrz GROMDY, nie ma co do tego wątpliwości.

Co dalej? „Dopóki mi się chce – będę się bił”

Po wygranej w main evencie pojawiły się pytania o przyszłość i ewentualne zakończenie kariery. Czajczyński nie zostawił złudzeń.

Dlaczego miałbym kończyć? Miałem długą przerwę przez kontuzje, ale dziś wstaję, jadę do pracy, idę na trening, spędzam czas z dzieciakami i stwierdzam, że jeszcze mi się chce. Dopóki mi się chce, będę się bił. Jak przyjdzie dzień, że wstanę i powiem „już nie”, to wtedy skończę. Na razie – jeszcze mi się chce.

Typ na walkę Marcina Różalskiego: „Serce za Różalem”

Czajczyński odniósł się też do zapowiedzianego starcia Marcina Różalskiego w KSW.

Szacunek do Marcina. Zawsze był wojownikiem. Tylko dla tej walki kupię KSW. Nie znam dobrze jego rywala, ale sercem jestem za Marcinem. Mam nadzieję, że ubije go w pierwszej rundzie.

Stara szkoła wciąż żyje

Wygrana Jacka Czajczyńskiego w main evencie Strife 17 to kolejny dowód na to, że doświadczenie, timing i odporność potrafią zneutralizować nawet największą siłę ognia. „Godzilla” nie tylko wygrał – wysłał jasny sygnał, że w wadze ciężkiej wciąż trzeba się z nim liczyć.

Zobacz takżeŁukasz Parobiec po porażce w walce wieczoru Strife 17: „Zawiodłem siebie, ale show było”

Więcej w wywiadzie dla naszej redakcji:

Exit mobile version