Nie chodziło o pas, nie chodziło o nokauty. Joanna Jędrzejczyk w szczerej rozmowie wróciła do momentu, w którym największą walkę toczyła nie w oktagonie, a w życiu prywatnym. I jasno przyznała – presja przyszła z miejsca, którego się nie spodziewała.
W podcaście „W stylu Krychowiaka” Joanna Jędrzejczyk otworzyła się na temat relacji, które zbiegły się z jej największymi sukcesami w UFC. Była mistrzynią, jej nazwisko niosło się po świecie, a kariera nabierała rozpędu. Wtedy – jak sama przyznaje – w związku zaczęło się napięcie.
To nagle było: dawaj się w końcu hajtajmy, zróbmy sobie dzieci. Teraz. Gdy zawieszę karierę, może się to nigdy nie powtórzyć. Mówię: hell no.
Legenda UFC nie owija w bawełnę. Jej zdaniem w tle mogło chodzić o ego.
Mi się wydaje, że to jest ego. Tak to odbierałam. Jak zaczęłam zarabiać pieniądze, rosła popularność, to nagle pojawiła się presja, żeby to zatrzymać.
Jędrzejczyk podkreśla, że nie żałuje swojej decyzji. Wybrała sport – w momencie, gdy była na szczycie i miała realną szansę pisać historię dywizji.
Nie narzekam. Jestem z tym okej. Jestem szczęśliwą osobą. Dużą sztuką w życiu jest bycie szczęśliwym – nie status, nie dzieci, nie mąż, nie pieniądze. Tylko to, co masz w środku.
„Byłam cieniem człowieka”
W rozmowie wróciła też do jednego z najtrudniejszych momentów w karierze – dramatycznego ścinania wagi przed utratą tytułu mistrzowskiego. Siedem kilogramów w kilkanaście godzin. Noc w wannie, odwodnienie, walka z własnym organizmem.
Ja się kwalifikowałam do szpitala. To była walka, jakiej nigdy nie stoczyłam. Byłam cieniem człowieka. A i tak bym zrobiła to samo. Dla mnie większym wstydem byłoby nie wyjść w limicie wagowym.
To pokazuje skalę mentalności, z jaką wchodziła do klatki. Dla niej przegrana to nie porażka.
Nigdy nie poniosłam w życiu porażki. Porażką jest rezygnacja z siebie i ze swoich marzeń.
„Trzeba zaakceptować ból. Lubić ból”
Joanna nie ukrywa, że MMA wymaga czegoś więcej niż talentu.
Trzeba zaakceptować ból, a nawet go polubić. Musimy być trochę szaleni. Ja byłam obsesyjna. Liczyłam powtórzenia swoje i kolegów. Jak ktoś robił wolniej, motywowałam go. Jak ja robiłam wolniej – przyspieszałam.
Dziś po zakończeniu kariery przyznaje, że największą walką nie zawsze była ta w oktagonie. Były momenty zwątpienia, płaczu przed treningiem, chwile, gdy nie chciała wejść na salę.
Ja się trzęsłam. Płakałam. Mówiłam: nie chcę tego sportu. Piętnaście minut później wycierałam łzy i szłam trenować.
To właśnie ta nieustępliwość zaprowadziła ją na szczyt UFC – i pozwoliła podjąć decyzję o zakończeniu kariery na własnych warunkach.
Dziś JJ jest bizneswoman, menadżerką zawodników i ikoną polskiego MMA. Ale w tej rozmowie pokazała coś więcej – cenę, jaką płaci się za bycie mistrzynią.
Zobacz także: Joanna Jędrzejczyk w centrum historii UFC. Trzy jej walki wśród najlepszych w dziejach kobiecego MMA
źródło: W stylu Krychowiaka (RMF Bro / YouTube)
