Merab Dvalishvili przez lata budował wizerunek nieustannie uśmiechniętego „The Machine”, który w mediach społecznościowych potrafi zamienić niemal każdą sytuację w materiał na kolejny viral. Za charakterystyczną osobowością kryje się jednak znacznie trudniejsza historia – przeprowadzka do Stanów Zjednoczonych bez znajomości języka, praca na budowie i momenty, w których Gruzin zastanawiał się, czy nie porzucić marzeń o UFC.
Były mistrz kategorii koguciej już 24 października stanie do trzeciej walki z Petrem Yanem na gali UFC w Abu Dhabi. Po zwycięstwie Dvalishviliego w pierwszym pojedynku w 2023 roku i wygranej Rosjanina w rewanżu na UFC 323 w grudniu ubiegłego roku, ich rywalizacja jest remisowa – a nadchodzące starcie ma ostatecznie odpowiedzieć na pytanie, który z nich okaże się lepszy.
„Prawdziwy Merab” nie jest taki jak w Internecie
Merab Dvalishvili jest dziś jednym z najbardziej charakterystycznych zawodników w całym UFC. Jego niecodzienne nagrania, żarty i absurdalne sytuacje publikowane w mediach społecznościowych stały się niemal równie ważną częścią jego rozpoznawalności, co nieprawdopodobne tempo, z którego narodził się przydomek „The Machine”.
Sam Gruzin przyznaje jednak, że internetowa wersja jego osobowości nie jest dokładnym odzwierciedleniem tego, jak wygląda jego codzienne życie. Za kamerą znacznie częściej koncentruje się na treningu, kolejnych obowiązkach i przygotowaniach do następnego wyzwania.
Lubię pozytywne rzeczy. Oczywiście to nie jest prawdziwy Merab. Prawdziwy Merab trenuje, jest skupiony, a po treningu jest zmęczony i nadal skupiony. Ale lubię życie, lubię się bawić i lubię pozytywną energię. Nie lubię negatywnych ludzi wokół siebie i sam nie chcę być negatywny. Wszyscy jesteśmy ludźmi. Mamy wzloty, upadki, gorsze momenty i szczęśliwe chwile. Ja jednak lubię pozytywne nastawienie i lubię rozśmieszać ludzi. Nie mam problemu z tym, żeby śmiać się z samego siebie. Ludzie mogą się ze mnie śmiać, to jest w porządku. Znam swoją wartość.
Dvalishvili przyznaje, że jego życie w rzeczywistości niemal nie zwalnia. Po treningu przychodzą kolejne obowiązki – kontakty z menedżerami, wiadomości, wywiady, podróże, działalność w mediach społecznościowych i kolejne treningi.
Według Gruzina nieustanne działanie jest zresztą jednym z jego sposobów na życie. Nie chce marnować czasu ani energii, zwłaszcza wiedząc, że jego przeciwnicy w tym samym czasie pracują nad własnym rozwojem.
Od wioski w Gruzji do marzeń o UFC
Historia Dvalishviliego zaczęła się daleko od Las Vegas, wielkich gal UFC i mistrzowskich pojedynków. Urodził się w niewielkiej miejscowości Swanetia w Gruzji, gdzie – jak sam przyznał – nawet dziś nie ma klubu MMA.
W wieku dziewięciu lat przeprowadził się do stolicy. Początkowo próbował swoich sił w piłce nożnej, później trenował zapasy w stylu klasycznym, a następnie judo. To właśnie z tym ostatnim sportem wiązał początkowo swoje największe marzenia.
Zakochałem się w judo. Goniłem za marzeniem, żeby zostać mistrzem olimpijskim.
Przełom nastąpił w 2009 roku. Dvalishvili zobaczył ogłoszenie dotyczące wydarzenia MMA, którego organizatorzy szukali zawodników mających doświadczenie w sportach walki. Nie miał wtedy praktycznie żadnego przygotowania stójkowego, ale zdecydował się spróbować.
Następnego dnia stoczył walkę.
Mój przeciwnik był ode mnie wyższy, większy i bardziej doświadczony. Ale byłem głodny walki. Rzucałem ciosy, obaliłem go i pamiętam reakcję ludzi. Wszyscy zaczęli krzyczeć. Zakochałem się w tym sporcie.
Po kolejnych walkach w Gruzji pojawiła się możliwość wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Dvalishvili najpierw przyleciał tam na pojedynek, wrócił do ojczyzny, ukończył obowiązkową służbę wojskową, a następnie – posiadając jeszcze ważną wizę – zdecydował się ponownie wyjechać. Tym razem po to, by zostać i spróbować zrealizować największe sportowe marzenie.
„Rok zajęło mi nauczenie się powiedzenia: dzień dobry”
Początki w USA były jednak znacznie trudniejsze, niż można byłoby przypuszczać, patrząc na dzisiejszą pozycję Gruzina.
Merab Dvalishvili trafił do Nowego Jorku pod koniec 2012 roku. Nie znał angielskiego, nie wiedział, gdzie trenować, gdzie szukać walk ani jak odnaleźć się w zupełnie nowym kraju. Przez długi czas jego świat ograniczał się przede wszystkim do znajomych mówiących po gruzińsku.
Przyjechałem do Ameryki bez znajomości angielskiego. Miałem znajomego z Gruzji i przyjechałem też z innym gruzińskim kolegą, więc rozmawialiśmy tylko po gruzińsku. Nauczenie się powiedzenia „dzień dobry”, „jak się masz?” czy „ile masz lat?” zajęło mi rok.
Dvalishvili wspominał również sytuacje, które dziś opowiada z uśmiechem, ale w tamtym czasie doskonale pokazywały jego izolację. Ludzie zatrzymywali go na ulicy i pytali o drogę, jednak on odpowiadał jedynie, że nie mówi po angielsku. Nie znał również hiszpańskiego, co prowadziło do jeszcze większego zdziwienia przypadkowych rozmówców.
Za każdym razem, kiedy ktoś próbował ze mną porozmawiać i pytał, skąd jestem albo jak długo mieszkam w Ameryce, nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Nie rozumiałem pytań. Ludzie po prostu kończyli rozmowę i odchodzili. To było dla mnie dziwne. Wokół panowała cisza. Sąsiedzi wychodzili z domu, wsiadali do samochodu i jechali. Nawet na ciebie nie patrzyli. Nie byłem przyzwyczajony do takiego życia.
Gruzin nie ukrywa, że był to samotny okres. Zamiast jednak całkowicie się wycofać, zaczął stopniowo uczyć się języka i szukać własnego miejsca w amerykańskim MMA.
Budowa od rana, trening wieczorem
Zanim Dvalishvili podpisał kontrakt z UFC, musiał pogodzić marzenia o zawodowej karierze z normalnym życiem i pracą.
Pracował na budowie w pełnym wymiarze godzin. Dzień zaczynał wcześnie rano, a po wielu godzinach fizycznej pracy wracał do domu tylko na chwilę, by następnie ruszyć na trening.
To było bardzo trudne. Wstawałem około 6:30 lub 7 rano i zaczynałem pracę około 7:30. Kończyłem mniej więcej o 16:30. Wracałem do domu, brałem prysznic i czasami nawet nie miałem czasu odpocząć, bo musiałem jechać na trening. Trening przez dwie godziny to trening. Ale osiem czy dziesięć godzin bardzo ciężkiej pracy to już nie jest trening. To jest wyczerpanie.
Po wieczornych zajęciach Dvalishvili robił zakupy, przygotowywał jedzenie na następny dzień i od początku starał się dbać o dietę. Następnego ranka cały cykl zaczynał się od nowa.
Jednocześnie podkreśla, że nawet w najtrudniejszych momentach nie chciał znaleźć się w sytuacji, w której musiałby całkowicie polegać na innych. Praca była dla niego sposobem na utrzymanie się, opłacenie mieszkania i jedzenia, ale również na zebranie pieniędzy potrzebnych do uregulowania spraw imigracyjnych.
Chciałem zostać zawodowym zawodnikiem MMA i trafić do UFC, ale nie zamierzałem siedzieć bez pieniędzy i tylko marzyć o UFC. Chciałem pracować, mieć własne pieniądze, dbać o siebie i jednocześnie trenować.
Ojciec zadał mu pytanie, które wszystko zmieniło
Ciekawym momentem rozmowy była historia związana z początkiem działalności Dvalishviliego w mediach społecznościowych.
Dziś Gruzin jest jednym z najbardziej aktywnych zawodników UFC w Internecie, ale – jak sam przyznał – początkowo nie traktował własnej promocji jako czegoś szczególnie ważnego. Zmieniło się to po jednej z rozmów z ojcem.
Po zwycięskiej walce Dvalishvili zadzwonił do niego, aby podzielić się dobrą wiadomością. Ojciec zadał jednak synowi proste pytanie: skoro wygrał tak ważną walkę, dlaczego nigdzie nie można jej zobaczyć?
Zadzwoniłem do ojca i powiedziałem mu, że wygrałem. Byłem bardzo szczęśliwy, a on zapytał mnie: „Synu, jeśli wygrałeś ważną walkę, dlaczego nie pokazują tego w wiadomościach? Dlaczego nie ma tego w Internecie?”.
Pomyślałem wtedy, że muszę zacząć robić coś sam. Po następnej walce zacząłem publikować informacje w mediach społecznościowych. Robiłem plakaty, pisałem, z kim walczę, gdzie odbędzie się pojedynek i gdzie można go obejrzeć. Zacząłem promować swoje walki.
Z czasem zwykła promocja przerodziła się w coś znacznie większego. Dvalishvili zaczął budować własną markę, tworzyć charakterystyczne nagrania i pokazywać kibicom fragmenty swojego życia.
Dziś mówi wręcz, że nie potrzebuje filmów, ponieważ sam żyje historią, którą kiedyś chciałby oglądać.
Nie oglądam filmów, bo mam własny film. Każdego dnia coś dzieje się w moim życiu. Każdego dnia muszę gonić marzenie, ciężko pracować i robić coś więcej, żeby pokonać kolejnego przeciwnika.
Przed nim Yan. Stawką rozstrzygnięcie trylogii
W październiku historia Dvalishviliego napisze kolejny ważny rozdział.
24 października w Abu Dhabi Gruzin zmierzy się po raz trzeci z Petrem Yanem. Ich rywalizacja jest obecnie remisowa. Dvalishvili wygrał pierwsze starcie jednogłośną decyzją w 2023 roku, jednak Yan zrewanżował się w grudniu ubiegłego roku na UFC 323, odbierając Gruzinowi mistrzowski pas kategorii koguciej. Teraz obaj zawodnicy dostaną trzecią okazję, by definitywnie przechylić szalę tej rywalizacji na swoją stronę.
Dla Dvalishviliego będzie to nie tylko walka o zwycięstwo nad jednym z najtrudniejszych rywali swojej kariery. Po latach pracy na budowie, samotności po przeprowadzce do USA, problemach z językiem i momentach zwątpienia, Gruzin ponownie znajdzie się w centrum jednej z największych historii w kategorii koguciej.
I choć „prawdziwy Merab” – jak sam mówi – jest spokojniejszy i bardziej skupiony niż jego internetowa wersja, jedno pozostaje niezmienne. Każdego dnia nadal goni kolejne marzenie.
Zobacz także: Zabit Magomedsharipov wraca po latach! „Realnie tęskniłem za tym procesem”
źródło: Beyond The Win / YouTube | foto: Chris Unger/Zuffa LLC


![Who’s next In The Cage [#8] – Co dalej dla Soldicia po zwycięstwie na UFC 332?](https://inthecage.pl/wp-content/uploads/2026/10/Arena-MMA_-Kto-Nastepny_-8-218x150.png)

![Who’s next In The Cage [#7] – Kto następny dla Roberta Bryczka po porażce z Vieirą?](https://inthecage.pl/wp-content/uploads/2026/09/Obraz-ChatGPT-29-wrz-2026-o-12_42_34-218x150.png)


















