Mick Parkin przygotowuje się do powrotu do oktagonu po najdłuższej przerwie w swojej dotychczasowej karierze. Anglik po raz pierwszy w zawodowym MMA przegrał w marcu 2025 roku, gdy na pełnym dystansie uległ Marcinowi Tyburze, a w rozmowie z Bloody Elbow opowiedział o tym, co najbardziej zapamiętał z tamtego pojedynku.

Mick Parkin przed starciem z Marcinem Tyburą pozostawał niepokonany i miał na koncie dziesięć zwycięstw z rzędu. Pojedynek na gali UFC London w marcu 2025 roku był dla niego jednym z największych testów w dotychczasowej karierze.

Anglik przegrał jednogłośną decyzją sędziów, ale nie uważa tego pojedynku za jednostronną porażkę. Wręcz przeciwnie – po ponownym obejrzeniu walki doszedł do wniosku, że przy innym przebiegu wydarzeń sam mógł zostać ogłoszony zwycięzcą.

Oczywiście, że przegrana jest beznadziejna. Nie będę mówił, że nie jest, ale byłem tak blisko, że myślę, że innego dnia mogłem to wygrać. To był zawodnik z czołowej dziesiątki, który jest w UFC od lat, więc potraktowałem to jako dobre doświadczenie. Uważam, że pierwsza runda była bliska, drugą zdecydowanie wygrałem, a on urwał trzecią.

Parkin nie zamierza jednak nazywać werdyktu kontrowersyjnym. Jego zdaniem Tybura wykorzystał przede wszystkim doświadczenie i potrafił w końcówce rundy sprawić wrażenie zawodnika, który kontroluje wydarzenia w klatce.

Obejrzałem tę walkę ponownie i on nie zrobił tam niczego niesamowitego. Jeśli chodzi o ciosy, to zadawał ich sporo. Może wyglądało to tak, jakby trafiał mnie blisko, bo rzucał ich dużo, ale myślę, że to właśnie doświadczenie. Był bardzo zmęczony, ale wiedział, jak sprawić wrażenie, że coś robi. Ja czułem, że trafiałem czyściej, ale on prawdopodobnie miał większą aktywność.

„To nie był żaden wałek”

Parkin podkreśla, że nie uważa wyniku za sędziowski skandal. Anglik przyznaje, że Marcin Tybura miał argumenty, by wygrać tę walkę, choć sam wciąż jest przekonany, że niewiele zabrakło mu do zwycięstwa.

To nie był żaden wałek. To była dużo bardziej wyrównana walka, niż można by powiedzieć. Była bliska, ale ostatecznie myślę, że mógł ją urwać. Dlatego nie byłem aż tak załamany. Później rozmawiałem z nim i powiedział, że to było naprawdę bliskie. Myślę, że uważał podobnie.

Brytyjczyk wskazuje przy tym na jeden element, który po walce szczególnie zwrócił jego uwagę. Parkin czuł, że ma sporą przewagę w grapplingu, jednak w decydującej rundzie nie wykorzystał tego atutu w takim stopniu, w jakim mógł.

Może powinienem był próbować więcej akcji w grapplingu, bo czułem, że mam ogromną przewagę w tym elemencie. Czułem, że jestem od niego znacznie lepszym grapplerem. To było doświadczenie.

„Byłem absolutnie wykończony”

Parkin miał również swoją szansę na zakończenie pojedynku przed czasem. W drugiej rundzie mocno zaatakował Tyburę i był blisko przełamania Polaka, jednak kosztowało go to bardzo dużo energii.

W drugiej rundzie byłem naprawdę blisko skończenia go. Trochę oszalałem, bo chciałem go skończyć. Byłem wtedy absolutnie wykończony. Pamiętam, że później pomyślałem: „O Boże, przecież on zaraz nie zostanie zatrzymany”. Patrzyłem na sędziego, żeby przerwał walkę, ale tego nie zrobił. To była dla mnie kolejna lekcja doświadczenia.

Anglik wyciągnął z tego wniosek, który może okazać się szczególnie istotny w jego dalszej karierze. W starciach z bardziej doświadczonymi zawodnikami nie zawsze warto rzucać wszystkie siły na jedną akcję, nawet jeśli rywal wydaje się bliski nokautu.

Kontuzja bicepsa wyłączyła go na wiele miesięcy

Po pojedynku z Tyburą Parkin początkowo planował stosunkowo krótki odpoczynek. Problemy z ręką sprawiły jednak, że jego przerwa szybko się wydłużyła, a następnie doszło do poważniejszego urazu.

Byłem trochę poobijany po walce z Tyburą. Miałem chyba jakiś drobny problem z ręką, więc zrobiłem sobie miesiąc czy dwa przerwy. Potem wróciłem do treningów i miałem absolutny koszmar. Przez kompletny przypadek zerwałem biceps. Musiałem przejść operację i ponownie przymocować biceps.

Powrót do pełnej sprawności był bardzo długi. Parkin przez wiele miesięcy nie mógł normalnie trenować, dlatego musiał szukać nietypowych sposobów na utrzymanie aktywności.

Kiedy go ponownie przymocowali, przez trzy do sześciu miesięcy mogłem robić właściwie tylko bardzo lekkie ćwiczenia, gumy i tego typu rzeczy. Nadal próbowałem trenować. Mogłem ćwiczyć tylko jedną ręką, więc boksowałem jedną ręką i kopałem. To była naprawdę bardzo długa rehabilitacja.

Długa przerwa była dla Anglika trudna również pod względem mentalnym. Po raz pierwszy w karierze musiał patrzeć na innych zawodników, podczas gdy sam nie mógł przygotowywać się do kolejnego występu.

Szczerze mówiąc, nie powiedziałbym, że byłem przygnębiony, ale to jest naprawdę trudne. Nawet kiedy oglądałem innych w oktagonie, czułem coś w rodzaju zazdrości. Patrzysz, jak ludzie walczą, i myślisz: „Ja też chcę tam być”. Oczywiście cieszysz się, kiedy wygrywają twoi przyjaciele, ale jednocześnie sam chciałbyś walczyć.

Parkin wraca przeciwko Johnny’emu Walkerowi

Po wielu miesiącach oczekiwania Parkin w końcu poznał datę kolejnej walki. 3 października na UFC 332 w Salt Lake City zmierzy się z Johnnym Walkerem, który po raz pierwszy w karierze wystąpi w kategorii ciężkiej.

Anglik uważa, że zestawienie z Brazylijczykiem jest dla niego atrakcyjne zarówno sportowo, jak i medialnie.

To były zawodnik wagi półciężkiej, ale oczywiście jest bardzo dobrze znany. Uważam, że to dobra walka. Jest zdecydowanie niebezpieczny, ale też możliwy do pokonania. Ze względu na sposób, w jaki walczy i na to, że albo wygrywa, albo przegrywa w bardzo efektowny sposób, wiele osób będzie oglądało tę walkę niezależnie od wszystkiego.

Parkin nie zamierza jednak wdawać się z Walkerem w bezmyślną wymianę ciosów. Zdaje sobie sprawę, że styl Brazylijczyka może w każdej chwili doprowadzić do spektakularnego zakończenia.

Nie będę podejmował żadnego szalonego ryzyka. Myślę, że od początku rzucenie się z nim na wymianę byłoby jak rzut monetą. Zawsze staram się walczyć trochę bardziej defensywnie, więc mam przygotowany dobry plan. Myślę, że jego styl dobrze pasuje do mojego.

Dla Parkina będzie to pierwsza walka od ponad półtora roku. Anglik podkreśla jednak, że mimo długiej przerwy nie rozpoczyna przygotowań od zera. Przez ostatnie miesiące regularnie pomagał swoim klubowym kolegom w przygotowaniach do ich pojedynków.

W jego otoczeniu trenowali między innymi zawodnicy przygotowujący się do walk w UFC, ONE czy KSW, dzięki czemu Parkin miał okazję regularnie wykonywać ciężkie rundy sparingowe.

Anglik zmienił podejście do treningów

Długi okres rehabilitacji sprawił również, że Parkin zaczął inaczej patrzeć na własny trening. Wcześniej zdarzało mu się wykonywać nawet dwie lub trzy bardzo ciężkie jednostki dziennie.

Teraz zawodnik zamierza znacznie uważniej słuchać własnego organizmu.

Jestem dużym gościem i trenuję już od 15-16 lat. Szczerze mówiąc, myślę, że wcześniej trenowałem trochę za dużo. Czasami robiłem dwie albo trzy bardzo ciężkie jednostki dziennie. Lubię trenować, ale byłem naprawdę zmęczony. Bardziej doświadczeni zawodnicy powiedzieli mi: „Jesteś przecież ciężkim, nie musisz trenować tyle co mniejsi zawodnicy”.

Parkin zamierza więc zachować większą równowagę między intensywnością treningów a regeneracją.

Teraz, jeśli rano mam bardzo ciężki trening, na przykład zapasy, wieczorem robię naprawdę techniczną pracę, jakieś ćwiczenia albo lekkie rundy. Jeśli wieczorem mam sparingi kickbokserskie, później robię już bardzo lekką jednostkę albo odpoczywam. Zacząłem trochę bardziej słuchać swojego ciała. Myślę, że urazy, które łapałem, wynikały właśnie z tego, że cały czas się przetrenowywałem.

Powrót do oktagonu będzie więc dla Parkina nie tylko okazją do odbudowania pozycji po pierwszej porażce w karierze. Walka z Johnnym Walkerem ma być również sprawdzianem tego, czy nowe podejście do przygotowań pozwoli mu uniknąć problemów, które przez ostatnie miesiące wyhamowały jego karierę.

Zobacz także: Umar Nurmagomedov: „To już sprawa osobista”. Dagestańczyk chce rewanżu z Merabem Dvalishvilim

źródło: rozmowa Micka Parkina z Bloody Elbow | foto: Getty Images, Instagram / Marcin Tybura