To już nie jest chwilowy kryzys. Israel Adesanya przegrał czwartą walkę z rzędu i po raz pierwszy w karierze znalazł się w tak trudnym położeniu. Mimo tego „The Last Stylebender” nie zamierza się zatrzymywać. Jego słowa w klatce po porażce z Joe Pyferem mówią wszystko.
Main event gali UFC Seattle miał być dla Israela Adesanyi szansą na odbicie. Zamiast tego zakończył się brutalnie – TKO w drugiej rundzie po ciosach w parterze i kolejna bolesna porażka.
To już czwarty przegrany pojedynek z rzędu – wcześniej uległ Dricusowi Du Plessisowi, Seanowi Stricklandowi oraz Nassourdine’owi Imavovowi. Jeszcze niedawno dominator kategorii średniej, dziś stoi pod ścianą jak nigdy wcześniej.
„Nigdy mnie nie zatrzymacie”
Po walce, w rozmowie z Danielem Cormierem, Israel Adesanya nie szukał wymówek. Zamiast tego wysłał jasny sygnał.
Po kolejnej walce… po prostu idziesz dalej, raz za razem, raz za razem. Nie odchodzę nigdzie. Nigdy mnie nie zatrzymacie. Mogę przegrywać, ale zawsze pozostanę niepokonany
Koniec dominacji, początek walki o powrót
Jeszcze kilka lat temu Israel Adesanya był twarzą kategorii średniej i jednym z najbardziej dominujących mistrzów w historii UFC. Wygrywał z Robertem Whittakerem, Paulo Costą czy Marvinem Vettorim, a jego rewanżowe zwycięstwo nad Alexem Pereirą tylko umocniło jego pozycję.
Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Seria czterech porażek z rzędu to moment, w którym wielu zawodników kończy kariery lub znika z czołówki na dobre.
Co dalej z Adesanyą?
Słowa po walce jasno pokazują, że Israel Adesanya nie zamierza się poddać. Pytanie brzmi jednak, czy organizm i forma sportowa pozwolą mu jeszcze wrócić na poziom mistrzowski.
Zobacz także: UFC Seattle: Marcin Tybura przegrywa z Tyrellem Fortune po trzyrundowej walce
