Site icon InTheCage.pl

Od piłki nożnej do MMA – Michał Andryszak

Od piłki nożnej do MMA – Michał Andryszak

(Foto: Mariusz Olkiewicz / InTheCage.pl)

Michał Andryszak, który już 14 marca zawalczy o pas mistrzowski wagi ciężkiej organizacji KSW słynie z tego, że prawie wszystkie boje kończy szybko i efektownie. Dopiero jego ósma zawodowa walka dotrwała do rundy trzeciej, a na przestrzeni lat, tylko dwa starcia nie zakończyły się w pierwszych minutach pojedynku. Co jednak ciekawe, Michał do MMA trafił dość przypadkowo, a wcześniej grał w piłkę nożną.

W piłkę nożną grałem od dziecka. Był to w zasadzie jedyny sport jaki mogłem uprawiać w miejscu, w którym mieszkałem, czyli w małej wsi pod Bydgoszczą. Byłem dość wysoki, więc grałem na pozycji bramkarza. Później zacząłem dojeżdżać do miasta, do szkoły średniej, co przeszkadzało w moich treningach piłkarskich. Zacząłem więc szukać czegoś nowego i tak trafiłem do klubu MMA, który znajdował się niedaleko mojej szkoły.

Michał rozpoczął treningi mając szesnaście lat, jednak już wcześniej interesował się sportami walki. Okazało się też, że ma w sobie to coś, tzw. instynkt fightera.

Zauważył to mój trener. Ja również czułem się w walce dość swobodnie i widziałem, że z każdym kolejnym treningiem idzie mi coraz lepiej, a po sześciu miesiącach byłem lepszy od chłopaków, którzy trenowali już kilka lat. Czułem więc, że dobrze wybrałem i że chcę iść tą drogą.

Już po roku uczęszczania na zajęcia Michał spróbował swoich sił w zawodowym MMA.

Najpierw stoczyłem kilka bojów amatorskich. Pewnego dnia nadarzyła się jednak okazja do spróbowania się w walce zawodowej. Uznałem, że warto zobaczyć jak wszystko się potoczy i przy okazji zarobić parę złotych. Niestety tuż przed walką stres spowodował, że dostałem grypy jelitowej i ostatecznie byłem pięć kilo lżejszy. Przegrałem, ale samo starcie było bardzo ciekawym doświadczeniem. Oczywiście nastawiałem się na wygraną, jednak wynik tego pojedynku dodał mi więcej motywacji do jeszcze cięższych treningów. Chciałem sobie udowodnić, że mogę wygrywać.

Później wszystko potoczyło się już szybko, a Michał złapał rytm i szedł jak burza przez kolejne starcia, które kończyły się najczęściej w pierwszych rundach.

Oczywiście teraz walczę mądrzej, ale początkowo przesadnie nie kalkulowałem. Wychodziłem do walki i chciałem sobie udowodnić, że potrafię. Jednak sam styl pozostał mi do dziś. Nie umiem stać w klatce i czekać na akcję, wydaje mi się wówczas, że za chwilę walka się skończy, a ja nic nie zdołałem zrobić. Dłuży mi się wówczas sam pojedynek, wolę więc działać. Całość jednak wychodzi bardzo naturalnie. Nie nastawiam się agresywnie do rywala, załącza się tylko instynkt, który działa na moją korzyść.

W roku 2014, z jedenastoma wygranymi na koncie, Michał dostał propozycję walki dla organizacji KSW, gdzie miał się zmierzyć z prawdziwą legendą K-1, Pawłem Słowińskim. Pojedynek odbył się podczas gali KSW 26, a Michał postanowił w nim sprawdzić się w stójce i błyskawicznie zastopował Słowińskiego. Po tym zwycięstwie „Longer” wyruszył do Rosji, gdzie niestety został szybko znokautowany przez swojego rywala. Kilka miesięcy później sytuacja się powtórzyła. Tym razem podczas gali KSW 28, Andryszak musiał uznać wyższość Michała Włodarka. Po dwóch trudnych porażkach „Longer” postanowił postawić wszystko na jedną kartę i zdecydował się na przeprowadzkę do Poznania, gdzie pod okiem Andrzeja Kościelskiego, trenera klubu Ankos MMA, zaczął szlifować formę. Na efekty nie trzeba było długo czekać. „Longer” związał się z organizacją ACB i tam ponownie wrócił na ścieżkę błyskawicznych zwycięstw.

Porażki w mojej karierze połączyły się z wieloma sprawami z życia osobistego. To nie był dla mnie dobry okres. Stwierdziłem jednak, że muszę postawić wszystko na jedną kartę i albo będę walczył dalej, albo zajmę się czymś innym. Przyjechaliśmy z moją wówczas jeszcze przyszłą żoną do Poznania i zostaliśmy tu do dziś. Decyzja okazał się trafiona i ostatecznie mogłem sobie powiedzieć, że stałem się fighterem na pełny etat. Zanim jednak do tego doszło, przez siedem lat było trudno.

Po sześciu kolejnych zwycięstwach na horyzoncie ponownie pojawiła się możliwość walki dla organizacji KSW i to podczas historycznej gali KSW 39: Colosseum.

Propozycję z KSW dostałem wręcz w idealnym momencie, bo byłem gotów do walki w organizacji ACB, ale nie miałem ustalonego żadnego terminu. Zdecydowałem więc, że wracam do KSW i tak rozpoczęła się ponownie moja przygoda z tą organizacją.

Powrót okazał się niezwykle udany. Andryszak najpierw zmusił do poddania Michała Kitę, a następnie podczas gali KSW 41 błyskawicznie znokautował Fernando Rodriguesa Jr., który wcześniej dzierżył pas wagi ciężkiej KSW. Dzięki ostatniemu zwycięstwo Michał wywalczył sobie prawo do starcia o najważniejszy laur, czyli tytuł mistrzowski i podczas gali KSW 43 zawalczy z Philipem De Friesem, który lubi boje parterowe.

Zobaczymy jak ułoży się sama walka, ale każde starcie zaczyna się od stójki i to właśnie w tej płaszczyźnie będę chciał je zakończyć. On świetnie czuje się w parterze, a ja kopiąc i uderzając, jednak musimy pamiętać, że to jest MMA i ja również potrafię walczyć na ziemi oraz poddawać swoich oponentów.

Jak ostatecznie zakończy się pojedynek mistrzowski o pas wagi ciężkiej organizacji KSW? Przekonamy się już 14 marca, podczas gali we Wrocławiu.

 

źródło: kswmma.com

Exit mobile version