Dziś dominuje w KSW i wydaje się nie do ruszenia. Ale droga Phila De Friesa na szczyt wcale nie była prosta – wręcz przeciwnie. Sam przyznaje, że był moment, w którym wszystko się posypało.
Mistrz KSW wagi ciężkiej jest dziś na absolutnym topie. Seria zwycięstw, kolejne obrony pasa, dominacja, jakiej dawno nie było. A jednak jeszcze kilka lat temu jego kariera wisiała na włosku.
I to nie jest historia o jednej porażce. To historia o momencie, w którym wielu skreśliło go całkowicie.
„Ludzie mówili mi, żebym odpuścił”
Phil De Fries wrócił w rozmowie z Arielem Helwanim wspomnieniami do okresu po rozstaniu z UFC. To był moment, który dla wielu zawodników oznacza koniec marzeń o wielkiej karierze.
Dla niego również wyglądało to bardzo źle.
Pamiętam, jak chodziłem po centrum handlowym po tym, jak wyleciałem z UFC. Podszedł do mnie jakiś gość i powiedział: „To nie ma sensu. Zostałeś trzy razy znokautowany, powinieneś skończyć”. Pomyślałem: kim ty w ogóle jesteś, żeby mi to mówić? Ale prawda jest taka, że byłem wtedy w złym miejscu. Byłem przybity, miałem problemy z głową, to mnie wszystko rozbijało od środka.
To nie były pojedyncze głosy. Presja rosła, a otoczenie coraz częściej sugerowało jedno – koniec.
Wiele osób mówiło mi, żebym odpuścił. Szczerze? Nawet moja partnerka mogła tego chcieć, bo widziała, jak bardzo mnie to niszczyło. MMA to brutalny biznes. To biznes złamanych serc.
„Czułem się jak żart”
Najmocniejsze słowa padły jednak chwilę później. De Fries nie owijał w bawełnę, opisując swój stan z tamtego okresu.
Czułem się jak totalny żart. Jak ktoś, kto zawiódł. Miałem wrażenie, że mój sen się skończył. Że to wszystko nie ma sensu.
To moment, w którym wielu zawodników rzeczywiście kończy kariery. On jednak poszedł w drugą stronę – choć, jak sam przyznaje, nie było to łatwe.
„Jak odpuścisz marzenia, to trochę umierasz”
Z perspektywy czasu mistrz KSW widzi to jasno. Kluczowa była jedna decyzja – żeby nie odpuścić.
Zawsze trzeba gonić marzenia. Możesz być rozsądny, możesz pracować, zarabiać, ale nie możesz tego odpuścić. Bo kiedy odpuszczasz marzenie, to trochę umierasz w środku.
De Fries przyznał, że sam przeszedł przez bardzo trudny okres – z używkami, brakiem celu i poczuciem pustki.
Był moment, kiedy odpuściłem i wpadłem w alkoholizm, w złe rzeczy. Byłem kompletnie wyłączony, jakby bez życia. To było najgorsze uczucie. Chodziłem do pracy tylko po to, żeby przetrwać, żeby zapłacić rachunki. I to jest życie wielu ludzi… ale nie musi tak być.
Powrót na szczyt
Dziś De Fries jest w zupełnie innym miejscu. 17 zwycięstw z rzędu, 14 obron pasa i status najbardziej dominującego mistrza w MMA. Ale jego podejście się nie zmieniło.
Zawsze możesz przegrać. Jak zaczniesz myśleć, że nie możesz, to wtedy właśnie przegrywasz. Ja biorę każdego rywala na poważnie. Wiem, że mogę przegrać następną walkę… ale mam nadzieję, że to się nie wydarzy.
Ta historia pokazuje jedno – za dominacją, którą dziś widzimy w klatce, stoi zupełnie inna walka. Taka, której nie widać w rekordzie.
Zobacz także: Piotr Kuberski przed XTB KSW 118: „To mój kumpel, ale w klatce nie zatrzymam pięści”
źródło: The Ariel Helwani Show
