Jeszcze w dniu walki nie był pewny, czy w ogóle wyjdzie do klatki. Wirus żołądkowy, niezrobiona waga i walka z własnym organizmem – to był jego prawdziwy przeciwnik. Mimo to wygrał przed czasem i po wszystkim nie krył wzruszenia.
Na gali Strife 18 w Radomiu Sylwester Miller pokonał Nazaryię Danylyuka przez TKO w drugiej rundzie. Jednak kulisy tego zwycięstwa pokazują, że sam wynik to tylko część historii.
Zawodnik przyznał w rozmowie z naszą redakcją, że jeszcze kilka godzin przed pojedynkiem wszystko wisiało na włosku.
Na wstępie chciałbym przeprosić rywala za niezrobienie wagi, ale jak się okazało, to nie była do końca moja wina, bo dopadł mnie wirus. Do dwunastej myślałem, że nie wyjdę do walki. Wczoraj leżałem i walczyłem sam ze sobą i z ubikacją. Pierwszy raz coś takiego miałem.
– powiedział szczerze.
Jeszcze rano szanse na występ oceniał na „siedemdziesiąt do nie”, a ostateczną decyzję podjął po rozruchu i dwóch kroplówkach.
Było osiemdziesiąt do dwudziestu, że wyjdę. Czekały na mnie dwie kroplówki i pewna wiadomość, która mnie zmotywowała. Wziąłem wszystko na siebie. Najbardziej bałem się wstydu fizjologicznego. A że wygrałem, to jestem w szoku do tej pory.
W klatce – wbrew wszystkiemu – wyglądał solidnie fizycznie, kontrolował przebieg walki i nie sprawiał wrażenia zawodnika po ciężkiej chorobie. Sam jednak podkreśla, że jego największym rywalem był tego dnia własny organizm.
Nie czułem zagrożenia ze strony przeciwnika. Czułem strach sam w sobie, bo nie wiedziałem, jak mój organizm zareaguje. To był jedyny stres. W jego oczach widziałem strach. Ja naprawdę się bałem zrobić coś więcej, bo nie wiedziałem, co się zaraz stanie.
Miller nie ukrywa, że zwycięstwo ma dla niego ogromny wymiar emocjonalny. Po walce nie potrafił powstrzymać łez.
Nie wierzę do tej pory, że wygrałem. Myślałem, że nie wyjdę. Chciałbym zawalczyć na jakiejś dużej gali. Zawsze byłem czegoś blisko i zawsze coś mi przechodziło obok nosa. Fajnie byłoby udekorować tę karierę walką na dużej gali – KSW, Oktagon… To byłoby spełnienie marzeń.
Zawodnik podkreślił też, że mimo lat w sporcie wciąż kocha rywalizację i nie wyobraża sobie życia bez walk. Na co dzień jest żołnierzem i – jak sam mówi – służba oraz sport to jego dwa światy, które się uzupełniają.
Kocham to. Nie umiem bez tego żyć. Chciałbym tylko tej wisienki na torcie.
Po takiej wygranej i serii zwycięstw trudno nie odnieść wrażenia, że właśnie zrobił kolejny krok w stronę tej „wisienki”.
Zobacz także: Strife 18 – wyniki. Szulakowski zwycięża w main evencie
