Joaquin Buckley nie gryzł się w język i publicznie wytknął rywalom brak aktywności. Według Amerykanina dywizja półśrednia ugrzęzła w martwym punkcie, bo największe nazwiska nie garną się do walk. Jego zdaniem ktoś w końcu musi wziąć odpowiedzialność za rozpędzenie tej kategorii.
Joaquin Buckley otwarcie skrytykował obecną sytuację w wadze półśredniej UFC. Zawodnik uważa, że mimo potencjału i wielkich nazwisk dywizja praktycznie stoi w miejscu, bo czołówka unika startów i nie pcha rywalizacji do przodu.
Teraz ta dywizja stoi w miejscu. To są fakty. Matchmakerzy znają swoją robotę, wiedzą lepiej ode mnie. Ale mamy jedną z najmocniejszych kategorii w UFC i nikt nie walczy.
– powiedział Buckley.
Amerykanin podkreślił, że jego słowa nie są atakiem na organizację, lecz na samych zawodników, którzy – jego zdaniem – nie wykazują inicjatywy.
To nie problem UFC. To problem fighterów. Nikt nie bierze odpowiedzialności za to, żeby ruszyć tę dywizję wagową.
Buckley poszedł o krok dalej i wprost wskazał kilku czołowych zawodników, zarzucając im brak sportowego zaangażowania.
Islam bawi się w jakieś Wrestleball. Prates imprezuje po klubach. JDM siedzi w domu i płacze. Leon znowu zniknął. Ian Garry stoi w narożniku i patrzy. Nie wiem, co tu się dzieje. Trzeba to wreszcie ruszyć.
– wypalił bez ogródek.
Zawodnik jasno dał do zrozumienia, że sam jest gotowy na kolejne wyzwania i nie zamierza czekać na rozwój wydarzeń.
Ja jestem gotowy. Chcę walczyć. Chcę iść do przodu. A reszta? Jak nie chcą, to niech ustąpią miejsca.
Wypowiedzi Buckleya szybko wywołały dyskusję w środowisku MMA. Coraz więcej mówi się o tym, że dywizja półśrednia potrzebuje świeżego impulsu, a jego słowa mogą przyspieszyć ruchy matchmakingowe.
Zobacz także: Israel Adesanya zapowiada zmianę: „Chcę znów walczyć ryzykownie”
źródło: media społecznościowe Joaquina Buckleya
