Joe Pyfer stanie przed największym wyzwaniem w karierze – walką wieczoru z Israelem Adesanyą. Amerykanin przekonuje, że to nie tylko sportowe starcie, ale moment, który definiuje jego życie na nowo.
Zawodnik znany jako „BodyBagz” wchodzi do oktagonu w zupełnie innym miejscu niż jeszcze kilka miesięcy temu. Sam przyznaje, że przeszedł ogromną przemianę – nie tylko jako fighter, ale przede wszystkim jako człowiek.
Nowy rozdział przed największą walką
Dla Joe Pyfera pojedynek z byłym mistrzem to spełnienie marzeń, ale też coś znacznie więcej. Amerykanin podkreśla, że jego podejście do życia i kariery diametralnie się zmieniło:
Czuję, że przeszedłem totalną przemianę. Moje życie zmieniło się o 180 stopni. Zobaczyłem, kim byłem i nie podobało mi się to. Dostałem drugą szansę, żeby to zmienić.
Pyfer nie ukrywa, że wcześniej jego życie było podporządkowane wyłącznie walce:
Kiedyś to było wszystko albo nic. Nie wiedziałem, kim jestem poza walką. Gdyby ktoś mi to zabrał, prawdopodobnie bym się zniszczył.
„To już nie jest numer jeden”
Największa zmiana? MMA przestało być absolutnym centrum jego świata.
Kiedyś walka była numerem jeden. Teraz jest może trzecia albo czwarta. Na pierwszym miejscu jest Bóg, potem moja kobieta, potem przyszła rodzina.
Mimo tego Pyfer nie stracił sportowej agresji – wręcz przeciwnie:
To mnie wzmocniło. Nie jestem zestresowany tą walką. Mam wolność. Nadal jestem tym samym gościem, który idzie tam, żeby zabić albo zostać zabitym.
Starcie z legendą bez respektu
W sobotę Pyfer zmierzy się z jednym z największych zawodników w historii kategorii średniej – Israelem Adesanyą. Mimo skali wyzwania, Amerykanin nie zamierza podchodzić do walki z respektem, który mógłby go ograniczać:
Nie patrzę na Izzy’ego jak na wielkiego mistrza. To mój rywal. 0-0. Wychodzę tam, żeby go pokonać.
Jednocześnie docenia klasę przeciwnika:
To jeden z najlepszych w historii. W mojej opinii to najlepszy zawodnik kategorii średniej. Pokonał lepszą generację zawodników niż poprzednie legendy.
„To dla mnie sytuacja win-win”
Co ciekawe, Pyfer widzi ten pojedynek jako sytuację bez przegranych – niezależnie od wyniku:
To dla mnie sytuacja win-win. Mogę dzielić klatkę z jednym z najlepszych. Mogę go pokonać albo nauczyć się czegoś od jednego z najlepszych na świecie.
Jednocześnie podkreśla, że jego motywacja się zmieniła:
Nie walczę już tylko dla siebie. Walczę dla mojej kobiety, dla naszej przyszłej rodziny, dla mojego życia.
Spokój zamiast presji
Największą przewagą, jaką Pyfer widzi u siebie przed tym starciem, jest… brak presji:
Nie czuję, że muszę wygrać za wszelką cenę. Idę tam, żeby rywalizować. Jeśli wygram – tak miało być. Jeśli przegram – wyciągnę wnioski.
To podejście może okazać się kluczowe w starciu z tak doświadczonym zawodnikiem jak Adesanya.
Największa szansa w karierze
Dla Pyfera to nie tylko walka wieczoru – to moment, który może zmienić wszystko:
To ja jestem w tej walce. To mogło być ktokolwiek, ale jestem tu ja. Nigdy w życiu nie myślałem, że znajdę się w takim miejscu.
W sobotę w Seattle okaże się, czy nowa wersja Joe Pyfera będzie w stanie pokonać jednego z najlepszych strikerów w historii MMA.
Zobacz także: „W stójce nie może się ze mną równać” – Israel Adesanya o starciu z Pyferem
źródło: FULL SEND MMA | foto: Getty Images
