Marek Samociuk ma za sobą największą przygodę w swojej dotychczasowej karierze. Reprezentant Uniq Fight Club dotarł aż do finału Grand Prix wagi ciężkiej organizacji RIZIN, pokonując po drodze Daniela Jamesa i Jose Augusto. W decydującym starciu musiał jednak uznać wyższość Alexandra Soldatkina. Teraz, przed powrotem do KSW, Polak zdradził w wywiadzie dla naszej redakcji, dlaczego w Japonii nie był sobą.
Dla wielu kibiców finałowy pojedynek nie wyglądał jak jednostronna dominacja Rosjanina. Marek Samociuk był w walce, odpowiadał akcjami i do końca pozostawał groźny. Sam zawodnik przyznaje jednak, że już na kilka tygodni przed finałem wiedział, że nie wszystko funkcjonuje tak, jak powinno.
„Chciałem, ale organizm odmawiał posłuszeństwa”
Polak zdradził, że kluczowym problemem okazała się kontuzja nogi, która w znaczący sposób wpłynęła na jego przygotowania i sam występ w finale.
Tak naprawdę cała kontuzja, przez którą później miałem operację, zaczęła mi bardzo przeszkadzać już na trzy tygodnie przed walką. Wtedy pojawiły się problemy i w przygotowaniach, i później podczas samego pojedynku. Najlepiej mogę to opisać tak, że ja naprawdę chciałem wejść na wysokie obroty, chciałem przyspieszyć, ale organizm po prostu odmawiał mi posłuszeństwa. Czułem, jakby energia ze mnie uciekała. Nie byłem w stanie zrobić tego, co normalnie robię w klatce. Nie mogłem wejść na swoje tempo i podkręcić walki wtedy, kiedy tego potrzebowałem.
Problemy zdrowotne były na tyle poważne, że jeszcze podczas pobytu w Japonii konieczna była interwencja lekarzy.
Miałem tak ogromnego krwiaka na piszczelu, że w Japonii ściągano mi z niego krew. Wyciągnęli około stu mililitrów. To był właśnie ten problem, który później ciągnął się za mną przez długi czas. Wyglądało to naprawdę fatalnie i mocno utrudniało normalne funkcjonowanie.
Zabójcze tempo turnieju
Samociuk nie ukrywa również, że swoje zrobiło tempo całego turnieju. Między kolejnymi walkami nie było wiele czasu na regenerację, a dochodziły do tego długie podróże między Polską a Japonią.
Dwa pierwsze wyjazdy do Japonii zniosłem bardzo dobrze. Nie odczuwałem praktycznie żadnych skutków podróży i wszystko funkcjonowało tak, jak powinno. Problem pojawił się przy finale. Między walkami było tylko osiem tygodni przerwy. Wróciłem do Polski, tydzień odpocząłem, przez siedem tygodni trenowałem i zaraz znowu leciałem do Japonii. Wszystko odbywało się według tego samego schematu, ale tym razem organizm zaczął mówić stop.
Najbardziej we znaki dał się jet lag, z którym wcześniej nie miał większych problemów.
Zawsze po przylocie funkcjonowałem normalnie. Kładłem się spać o 23 i budziłem się rano. Tym razem było inaczej. Poszedłem spać o tej samej porze, ale obudziłem się o drugiej w nocy i już nie mogłem zasnąć. Od tamtego momentu czułem tylko zmęczenie. Miałem wrażenie, że organizm jest kompletnie wyeksploatowany. Gdyby między walkami było trochę więcej czasu, pewnie zniósłbym to lepiej.
„Najbardziej boli właśnie finał”
Choć udział w turnieju był ogromnym sukcesem, Samociuk nie ukrywa, że do dziś najbardziej pamięta ostatnią walkę.
Najbardziej boli mnie właśnie finał. Reprezentowałem Polskę i reprezentowałem KSW. Taki był sens tego turnieju. Każdy reprezentował miejsce, z którego pochodzi i organizację, którą reprezentuje. Dlatego ta porażka siedzi w głowie. Czuję niedosyt, bo wiem, że mogłem pokazać więcej.
Mimo wszystko Polak z ogromnym sentymentem wspomina pobyt w Japonii i nie ukrywa, że chętnie wróciłby tam jeszcze raz.
Szczerze mówiąc, bardzo chciałbym jeszcze kiedyś zawalczyć w Japonii. Tam jest zupełnie inny klimat. Walczyłem dwa razy na hali wypełnionej przez ponad czterdzieści tysięcy kibiców. To było coś niesamowitego. Nawet ta mniejsza gala miała szesnaście tysięcy widzów. Ci ludzie żyją tym sportem. Widać, że MMA jest tam częścią kultury i historii. To robi ogromne wrażenie.
Teraz Marek Samociuk zamyka japoński rozdział i wraca do klatki KSW, gdzie podejmie Michala Martinka. Jak sam przyznaje, finał Grand Prix nadal siedzi mu w głowie, ale właśnie dlatego jest jeszcze bardziej zmotywowany, by ponownie udowodnić swoją wartość.
Zobacz także: Tymoteusz Łopaczyk zapowiada mocne skończenie na gali w Radomiu: „Nie zostawię wyniku w rękach sędziów”
