Już nie możemy się doczekać walki wieczoru UFC 326, ale nie tylko to starcie zapowiada się interesująco! Oto typowanie trzech – naszym zdaniem – najciekawszych pojedynków zbliżającej się gali!

155 lb: Max Holloway (27-8) vs. Charles Oliveira (36-11) – o pas BMF

Grzegorz: To będzie wojna dwóch legend! Rewanż po dekadzie, walka o pas BMF, o dziedzictwo i miejsce w historii. Max Holloway i Charles Oliveira w limicie wagi lekkiej – pięć rund, bez kalkulacji, bez miejsca na błędy.
Pierwsze starcie w 2015 roku zakończyło się kontuzją Oliveiry, ale dziś mówimy o zupełnie innych zawodnikach. To nie są ci sami, niedoświadczeni fighterzy. To rekordziści UFC – łącznie 47 wygranych w oktagonie. To dwie ofensywne maszyny, które mają zupełnie inne style – od lat skuteczne w największej lidze na świecie.
Max Holloway to jeden z najbardziej charakterystycznych i najbardziej rozpoznawalnych stylistycznie zawodników w historii UFC. Jego styl jest natychmiast rozpoznawalny – wysoki wolumen, nieustanna presja, praca na nogach w rytmie, który przypomina sparing w tempie 120%, oraz psychologiczna gra polegająca na łamaniu rywala liczbą trafień. Jeśli Charles Oliveira żyje w chaosie grapplerskim, to Holloway żyje w chaosie bokserskim. I co najważniejsze – to on ten chaos kontroluje i świetnie się w nim odnajduje. Patrząc na jego ostatnie pięć walk oraz przekrój całej kariery, widać bardzo wyraźnie, że Holloway to zawodnik systemowy. On nie opiera się na jednym ciosie. Nie poluje obsesyjnie na nokaut. On rozbija przeciwnika minutami, rundami, seriami po 5-10 ciosów. Jego największą bronią nie jest pojedyncze uderzenie, a kumulacja obrażeń i uderzeń. Fundamentem stylu Hollowaya jest jab. To jeden z najlepszych jabów w MMA ostatniej dekady. Holloway używa go nie tylko do punktowania, ale do kontrolowania dystansu, zrywania klinczu czy rozpoczynania kombinacji. W trzeciej walce z Dustinem Poirierem widać to doskonale – Holloway praktycznie każdą akcję zaczynał od jaba, a następnie dokładał drugi i trzeci cios. W wielu momentach Poirier nie przegrywał pojedynczych wymian siłowo, ale przegrywał je ilością kumulowanych ciosów ze strony Hawajczyka. Holloway walczy w sposób rytmiczny. Wchodzi w tempo, narzuca je i rzadko kiedy zwalnia. W starciu z Arnoldem Allenem jego praca nóg była kluczowa – ciągłe przesuwanie się w bok, zmiany kątów, kontrolowanie dystansu poprzez drobne kroki i unikanie pozostawania w jednej linii ataku. Allen trafiał go czystymi lewymi, ale nie był w stanie zatrzymać świetnie dysponowanego, byłego mistrza wagi piórkowej. Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów jego stylu jest łączenie ataku na głowę i tułów. Holloway uwielbia sekwencję: jab głowa – prawy tułów – lewy głowa – kopnięcie na korpus. To nie jest przypadkowe. On systematycznie odbiera tlen swoim oponentom. We wspomnianej już trzeciej walce z Poirierem wielokrotnie trafiał lewą ręką w wątrobę, zmuszając „The Diamonda” do reakcji. W piątej rundzie Holloway praktycznie rozbijał go kombinacjami korpus – głowa. W tym pojedynku, „Blessed” wyjątkowo sprawnie mieszał płaszczyzny uderzeń. W walce z Justinem Gaethje, która odbyła się na gali UFC 300 zobaczyliśmy inną wersję Hollowaya – bardziej brutalną, bardziej nastawioną na moment kończący. Ale nawet tam fundamentem była ilość wyprowadzanych ciosów. Holloway nie wygrał tej walki jednym uderzeniem do ostatnich sekund. On najpierw rozbił nos Gaethje (trafiając kapitalnym obrotowym kopnięciem czysto w nos), zmusił go do ciągłej defensywy, zmęczył, wymusił reakcje. Dopiero potem – gdy obaj stanęli w środku – uwolnił ostatni cios. To pokazuje, że nawet jego najbardziej spektakularne nokauty są efektem procesu.

Jakimi atutami dysponuje Holloway? Przede wszystkim niewiarygodny wolumen uderzeń, bo potrafi wyprowadzić ponad siedemset znaczących ciosów na przestrzeni pięciu rund, utrzymując przy tym wybitną kondycję i tempo, które w piątej odsłonie wygląda niemal tak samo jak w pierwszej. Dysponuje doskonałym timingiem jaba i umiejętnością stopowania ofensywy rywala w kluczowych momentach, a jego świetna praca nóg oraz kontrola oktagonu pozwalają mu dyktować dystans i zmuszać przeciwników do walki na jego warunkach. W trakcie pojedynku potrafi czytać schematy rywala i z rundy na rundę coraz precyzyjniej wykorzystywać ich luki, co w połączeniu z twardością i odpornością na ciosy, które do momentu walki z Topurią miały wręcz legendarny wymiar, czyni go niezwykle trudnym do złamania. Do tego dochodzi aspekt psychologiczny, bo Holloway potrafi prowokować wymiany, rozmawiać w trakcie walki i wskazywać środek klatki, stopniowo podkopując pewność siebie przeciwnika i wciągając go w grę, którą sam kontroluje.
Warto zwrócić uwagę na jego defensywę. Holloway nie jest klasycznym defensywnym bokserem. Jego stójkowa gra nie opiera się na unikach czy ciągłym klinczu. Jego defensywa to ruch, balans, minimalne odchylenia, przyjmowanie ciosów i natychmiastowa odpowiedź. W walce z Allenem przyjął kilka bardzo mocnych lewych, ale niemal zawsze natychmiast odpowiadał trzema ciosami. To sprawia, że sędziowie i percepcja rundy idą na jego stronę.
Ale Holloway ma też wyraźne słabości. Pierwszą jest to, że wchodzi w wymiany, gdy czuje się komfortowo. A to bywa zgubne. W starciu z Ilią Topurią było widać, że Holloway w pewnym momencie zaakceptował wymianę w półdystansie. Do trzeciej rundy kontrolował tempo, trafiał jabami, punktował. Jednak gdy Topuria trafił mocno i wyczuł moment, Holloway nie odskoczył wystarczająco szybko. Jego defensywa oparta na balansie i przyjmowaniu „na gardę” nie wystarczyła wobec precyzyjnej mocy. Nokaut od Topurii pokazał, że nawet legendarna szczęka ma limit. Drugą słabością jest to, że nie ma jednego kończącego ciosu. Owszem – znokautował Gaethje i „Koreańskiego Zombie”, ale to były efekty kumulacji, jak już wspominałem na początku. Gdy trafia na zawodników o podobnej charaktetrystyce stylu, również opartym na liczbie ciosów i lepszej strukturze defensywnej (Volkanovski), ma problem z wyraźnym przełamywaniem rund na swoją korzyść. W trylogii z Australijczykiem było widać, że gdy rywal potrafi neutralizować jego jab i odpowiadać kontrą po zejściu z linii, Holloway traci swój największy atut – kontrolę tempa. To pokazuje, że Holloway najlepiej funkcjonuje, gdy on narzuca rytm. Gdy ktoś zaczyna narzucać go jemu, traci część skuteczności. Widać to było w starciu z Yairem Rodriguezem, którego Hawajczyk obalał, by zwyciężyć rundę. W walce z Chan Sung Jungiem zobaczyliśmy jego kliniczną precyzję. Gdy wyczuł moment, nie potrzebował 200 ciosów – jeden czysty overhand zakończył pojedynek. To pokazuje, że Holloway rozwinął umiejętność kończenia walk, gdy rywal jest już złamany.

Charakterystyczne akcje Hollowaya to przede wszystkim długi jab połączony z odskokiem w bok, który pozwala mu jednocześnie punktować i wychodzić z linii ataku, a także klasyczna kombinacja 1-2-3 zakończona niskim kopnięciem, którą regularnie rozbija nogę wykroczną rywala. Często łączy prawy na tułów z lewym na głowę, zmieniając poziomy i zmuszając przeciwnika do odsłonięcia gardy, a gdy rywal wchodzi w tempo, potrafi skarcić go bardzo nieprzyjemnym kopnięciem na kolano. W jego arsenale nie brakuje również obrotówki na korpus, który wybija powietrze z płuc rywali i zmienia dynamikę rundy. Gdy wyczuje moment, włącza sekwencję ponad dziesięciu ciosów bez przerwy, zasypując przeciwnika lawiną uderzeń. W końcówkach walk często wskazuje środek klatki i wymusza otwartą wymianę, pokazując pewność siebie i kontrolę sytuacji. Warto podkreślić jego adaptacyjność, bo w pierwszych latach kariery był zawodnikiem bardziej surowym i liniowym, natomiast z czasem stał się jednym z najlepszych technicznie strikerów w dywizji. W starciu z Allenem pokazał pełną dojrzałość, nie forsując nokautu, lecz metodycznie rozbijając nogę, kolano i korpus, konsekwentnie budując przewagę rundę po rundzie. Jego odporność była jednym z największych atutów aż do walki z Topurią. Nigdy wcześniej nie został znokautowany w stójce. Przyjmował bomby od Gaethje, Poiriera, Ortegi, Aldo. Zawsze wracał. Nokaut z Topurią zmienia percepcję – pojawia się pytanie, czy to jednorazowy moment, czy początek erozji.
Podsumowując – Max Holloway to wybitny striker ze stylem opartym na kumulacji ciosów, kondycji i kontroli tempa. Nie jest najbardziej niszczycielskim puncherem w dywizji, ale jest jednym z najbardziej konsekwentnych i wyczerpujących stylistycznie przeciwników. Rozbija, frustruje, zmusza do popełniania błędów. Jego styl to presja liczby, rytm i adaptacja. Holloway to nie chaos jak Oliveira. Holloway to kontrolowany huragan. Największym błędem jest mu dać złapać rytm.
Charles Oliveira to jeden z najbardziej paradoksalnych zawodników w historii kategorii lekkiej UFC. Z jednej strony – rekordzista organizacji pod względem poddań i skończeń, absolutny fenomen grapplingu, zawodnik o niebywałej kreatywności w parterze. Z drugiej – fighter, który w niemal każdej walce daje rywalom realne momenty nadziei, wystawia się na ciosy, bywa naruszany, a czasem wręcz balansuje na granicy nokautu. Jego styl to permanentne ryzyko. To ciągłe życie w zagrożeniu. I właśnie w tym zagrożeniu „Do Bronx” czuje się najlepiej i jest najniebezpieczniejszy.  Patrząc na jego pięć ostatnich walk oraz przekrój całej kariery, widać wyraźnie, że Oliveira to zawodnik, który nie walczy „bezpiecznie”. On walczy ofensywnie, agresywnie, często z podniesioną gardą, ale bez pełnej odpowiedzialności defensywnej. Jego styl opiera się na presji, kreatywności i nieustannym zagrożeniu poddaniem – z każdej pozycji. Największym fundamentem jego gry jest oczywiście grappling. Oliveira to jeden z najbardziej wszechstronnych specjalistów BJJ w historii UFC. Gilotyny, duszenia zza pleców, anacondy, d’Arce, trójkąty rękoma, balacha z gardy, omoplaty – on nie tylko zna te techniki, on je aktywnie wymusza. W walce z Armanem Tsarukyanem widać było, jak błyskawicznie potrafi przejść z próby gilotyny do trójkąta z dźwignią na rękę. Wystarczy jeden, nawet najmniejszy błąd rywala, minimalna utrata balansu, a Oliveira natychmiast owija szyję, zamyka gardę i zaczyna pracować nad techniką kończącą. Co ciekawe, Brazylijczyk często akceptuje ryzyko utraty pozycji w zamian za np. możliwość złapania szyi. We wspomnianym już starciu z Tsarukyanem kilka razy szedł po gilotynę przy sprowadzeniu, nawet wiedząc, że może skończyć pod rywalem. To pokazuje jego mentalność – zagrożenie jest dla niego ważniejsze niż kontrola. Były mistrz ufa także swojej kreatywności w parterze – jest bowiem przekonany, że nawet z pleców będzie w stanie wyciągnąć jakąś technikę kończącą. Z Mateuszem Gamrotem zobaczyliśmy jego najbardziej kompletną wersję grapplerską ostatnich lat. Tam Oliveira nie tylko atakował poddaniami z pleców – on kontrolował plecy, zakładał trójkąt na korpusie, pracował nawet nad dźwignią na szczękę, wykorzystując ogromną siłę ścisku. Co istotne, Oliveira nie potrzebuje czystego przełożenia ręki pod brodę. Jego duszenia często są brutalnym miażdżeniem twarzy i szczęki. To presja, która łamie mentalnie.

Jego największym atutem jest zdolność do przechodzenia z ofensywy stójkowej do parteru bez wyraźnej granicy. Brazylijczyk potrafi uderzyć kombinacją, wejść w klincz, wynieść swojego rywala, zająć plecy i w sekundę zamienić walkę w grapplerską egzekucję. W rewanżu z Michaelem Chandlerem kilka razy pokazał ten schemat: presja w stójce – sprowadzenie – plecy – trójkąt na korpusie – próba duszenia zza pleców. Stójka Oliveiry jest niedoceniana, ale bardzo niebezpieczna. Dysponuje świetnymi latającymi frontkickami na tułów i głowę, dynamiczne kolana w wejściu w klincz, mocne łokcie w półdystansie. Potrafi też świetnie wykorzystać moment naruszenia rywala – jak w walce z Beneilem Dariushem, gdzie po kopnięciu na głowę i prawym błyskawicznie przeszedł do ciosów w parterze bez zawahania. Ale właśnie w stójce pojawiają się też największe problemy… Oliveira bardzo często idzie w otwarte wymiany. Nie cofa się po zadaniu ciosu, woli przyjąć dwa, by oddać trzy. To podejście przyniosło mu efektowne wygrane (pierwsza walka z Chandlerem, Gaethje, Poirier), ale też brutalne porażki. Ilia Topuria w pierwszej rundzie ich walki wykorzystał dokładnie ten fakt – Oliveira ruszył agresywnie, złapał klincz, próbował wymusić parter, a gdy walka wróciła do wymiany w półdystansie, został trafiony kombinacją prawy-lewy, która go całkowicie zgasiła. To samo było w pierwszej walce z Chandlerem – naruszony w pierwszej rundzie, balansujący na krawędzi. Różnica polegała na tym, że wtedy przetrwał. Z Topurią już nie. Oliveira często podnosi brodę przy ofensywie, zostawia luki między rękoma i polega na tym, że rywal zawaha się przed wejściem w jego gardę. Tego typu błędy jak najbardziej będzie mógł wykorzystać Holloway. Kolejną słabością jest moment, gdy zostaje sprowadzony i rywal ma ciasną kontrolę z góry. Tsarukyan w drugiej rundzie zasypał go łokciami, rozciął łuk brwiowy i potrafił go unieruchomić przy siatce. Oliveira z pleców jest groźny, ale przy silnej presji bywa spychany do defensywy. Widzieliśmy to też w starciu z Islamem Makhachevem – kiedy Rosjanin ustabilizował pozycję, Oliveira nie był w stanie wymusić przetoczenia na swoich warunkach, bo przeciwnik dysponował zbyt dobrą kontrolą z góry.
Oliveira to zawodnik, który działa na emocji i wyczuciu chwili. Kiedy zobaczy zawahanie, kiedy poczuje, że rywal choć na moment stracił równowagę czy pewność siebie, nie zastanawia się dwa razy. Wtedy przyspiesza i idzie po swoje. Z Dariushem wystarczyło jedno mocne trafienie, by od razu ruszył do przodu i dokończył robotę, a w walce z Gamrotem, gdy tylko wskoczył na plecy, wszystko potoczyło się błyskawicznie – zapięty trójkąt na tułowiu, kontrola, nacisk, duszenie. U niego przejście od wyrównanej walki do pełnej dominacji potrafi zająć kilkanaście sekund. Brazylijczyk od lat bazuje na podobnych rozwiązaniach, ale dziś wykonuje je znacznie dojrzalej. Często łapie gilotynę, gdy ktoś wchodzi mu w nogi, wykorzystując pęd przeciwnika przeciwko niemu. W chaosie parterowym błyskawicznie szuka pleców, bo tam czuje się najpewniej. Gdy zapnie nogi na biodrach i ustabilizuje pozycję, zaczyna się duszenie, nierzadko w formie mocnego nacisku na szczękę, który łamie nie tylko technicznie, ale też mentalnie. W stójce korzysta z frontkicka, by utrzymać dystans, w klinczu dokłada kolana, a w otwartych wymianach potrafi odpalić dynamiczną kombinację prawy-lewy. Jeśli kogoś naruszy, nie daje mu czasu na złapanie oddechu, tylko od razu przechodzi do parteru i zasypuje ciosami. Taki styl ma jednak swoją cenę. W ogniu walki bywa, że opuszcza gardę i zbyt mocno wierzy w swoją odporność. Zdarza mu się wejść w półdystans bez pełnej kontroli ustawienia, co otwiera drogę do kontry. Czasami za wcześnie zaczyna szukać poddania, oddając lepszą pozycję w imię szansy na spektakularne skończenie. Pod presją potrafi też przyjąć kilka niepotrzebnych ciosów zamiast wycofać się i poukładać walkę od nowa. Dlatego jego pojedynki niemal zawsze balansują między genialnym poddaniem a momentem zagrożenia w stójce.
Statystyki tylko potwierdzają, jak skuteczny jest w kończeniu rywali. Patrząc na jego drogę – od porażek z Cerrone, Swansonem czy Lamasem, przez przejście do wagi lekkiej, aż po mistrzowski okres – widać ogromny rozwój. W kategorii lekkiej jest silniejszy fizycznie, bardziej odporny i lepiej zarządza tempem niż w czasach, gdy walczył w piórkowej. Do ofensywnego grapplingu dołożył dojrzalszą stójkę i większy spokój w kluczowych momentach. Zdecydowanie Oliveira poprawił się również mentalnie. Dawniej zdarzało mu się być tzw. defetystą – poddawać się w momencie, w którym nie widział już nadziei na przechylenie szali pojedynku na swoją stronę. To uległo jednak u niego znacznej poprawie. Brazylijczyk przechodził przez wiele kryzysów w walkach w ostatnich latach i pokazywał determinację i umiejętność powrotu do starcia. W skrócie, Charles Oliveira to niezwykle ofensywny grappler z coraz lepszą stójką, który wygrywa dzięki presji, kreatywności i zdolności wciągania przeciwników w chaos. Jeśli rywal nie ma szczelnej defensywy parterowej, prędzej czy później może zostać uduszony. Jeśli ma moc, timing i zimną krew w wymianach, może go trafić. I właśnie ta cienka granica między dominacją a zagrożeniem sprawia, że każda walka „Do Bronxs” jest tak nieprzewidywalna i tak elektryzująca.

Max Holloway wchodzi do klatki jako aktualny posiadacz pasa BMF po jednej z najbardziej ikonicznych wygranych w dziejach organizacji – brutalnym nokaucie na Justinie Gaethje w ostatniej sekundzie piątej rundy. Charles Oliveira z kolei wrócił na zwycięską ścieżkę poddaniem Mateusza Gamrota, dusząc go zza pleców i ponownie udowadniając, że jego grappling to najwyższa półka w historii UFC.
Od pierwszej minuty to będzie starcie dwóch zupełnie różnych definicji chaosu. Holloway będzie chciał prowadzić walkę w swoim rytmie – mnóstwo jabów, dużo pracy na nogach, ciągłe odskoki w bok i rozbijanie tułowia. Oliveira od początku spróbuje skrócić dystans, sprawdzić reakcje Maxa frontkickiem, wejść w klincz, potraktować go kolanem i dać mu poczuć zagrożenie sprowadzeniem. Kluczowe będzie to, kto narzuci tempo w pierwszych dwóch rundach.
Holloway zacznie klasycznie dla siebie. Jab, zejście w bok, prawy na korpus, lewy na głowę, niskie kopnięcie. Będzie testował gardę Oliveiry, który ma tendencję do podnoszenia brody przy ofensywie. Jeśli Brazylijczyk wejdzie w półdystans bez odpowiedniego ustawienia, Max natychmiast odpowie kombinacją 3-4 ciosów i odskoczy.Pierwsze rundy mogą być najbardziej niebezpieczne dla Hollowaya. Oliveira jest szybki w przejściu z uderzeń do klinczu czy obalenia. Jeśli złapie uchwyt pod siatką, spróbuje wyniesienia albo przynajmniej przejścia za plecy. W parterze Max nie jest bezradny, ale nie jest też grapplerem kalibru Gamrota czy Tsarukyana. Jeżeli Oliveira ustabilizuje plecy i zapnie trójkąt na korpusie, zrobi się bardzo groźnie. Face crank, duszenie zza pleców. To będzie moment, w którym Holloway musi zachować absolutny spokój. Z drugiej strony, im dłużej walka będzie toczyć się w stójce na środku klatki, tym większa przewaga po stronie Maxa. Oliveira ma ofensywną stójkę, ale często idzie w otwarte wymiany. Holloway uwielbia takie momenty, bo jego defensywa to ruch i natychmiastowa odpowiedź. Jeśli Charles przyjmie trzy ciosy, by oddać dwa, w dłuższej perspektywie zacznie przegrywać rundy. Max będzie rozbijał korpus, odbierał tlen, niszczył nogę wykroczną i wymuszał coraz bardziej desperackie sprowadzenia u Oliveiry.

Środkowe rundy to moment, w którym tempo zacznie odgrywać ogromną rolę. Oliveira jest silny fizycznie w lekkiej, ale jego styl jest energochłonny. Próby duszeń, walka o plecy, dynamiczne wyniesienia – to kosztuje. Holloway natomiast potrafi utrzymać niemal identyczne tempo w czwartej i piątej rundzie jak w pierwszej. Jeśli Brazylijczyk nie skończy walki wcześniej, zacznie przyjmować coraz więcej czystych jabów i kombinacji głowa–tułów. A Max, gdy wyczuje, że rywal oddycha ciężej, włączy swoje długie sekwencje po dziesięć i więcej ciosów. Nie wykluczam momentów kryzysowych po stronie Hollowaya. Oliveira prawdopodobnie trafi go czymś mocnym w półdystansie. Być może nawet naruszy. Ale Max nie panikuje. On potrafi przyjąć, odpowiedzieć i natychmiast odzyskać inicjatywę. Pytanie brzmi, czy nokaut od Topurii był jednorazowym momentem, czy sygnałem, że jego odporność zaczyna pękać. Jeśli szczęka nadal jest na swoim miejscu, to przy takiej objętości ciosów Brazylijczyk będzie musiał przechodzić przez ogień przez pełne 25 minut.
Kluczowy obraz tej walki widzę tak: Oliveira będzie miał swoje próby duszeń, może nawet jedną bardzo ciasną sytuację na plecach. Holloway jednak wyjdzie z największego zagrożenia, a potem zacznie systematycznie budować przewagę w stójce. Coraz więcej jabów, coraz więcej uderzeń na korpus, coraz mniej przestrzeni dla Oliveiry na czyste wejście w nogi. W rundach mistrzowskich tempo i kumulacja obrażeń zrobią różnicę. Mój typ: Max Holloway przez decyzję sędziów.

Kursy podstawowe na tę walkę na efortuna.pl przedstawiają się następująco:
Holloway: 1.47
Oliveira: 2.65

185 lb: Caio Borralho (17-2) vs. Reinier de Ridder (21-3)

Fabian: W walce poprzedzającej Main Event gali UFC 326 zmierzą się odpowiednio #7 i #8 rankingu dywizji średniej. Zarówno Reinier de Ridder jak i Caio Borralho są po porażce, która zatrzymała ich serie zwycięstw i ten pojedynek może być kluczowy jeśli chcą pozostać w ścisłej czołówce.
Bardziej wszechstronnym zawodnikiem jest bez wątpienia Brazylijczyk. To twardy stójkowicz, który cechuje się dużą wytrzymałością a także intensywnością prowadzenia pojedynku. Nie stroni od wymian cios za cios, wplata dużo niskich kopnięć. Ma świetne ciosy proste, którymi regularnie punktuje oponentów ze wstecznego. Kondycyjnie na dystansie trzech rund nie powinien mieć kłopotów. Dobrze odnajduje się w zapasach oraz parterze co udowodnił wygrywając choćby w BJJ z Brendanem Allenem. Tym samym Allenem, który ostatnio zdemolował de Riddera.
Holender mimo początkowych sukcesów zapaśniczych tracił pozycje i wygazował się nie wychodząc do rundy piątej. Był rozbijany ciosami a jedyne co miał to próby poddań. To niestety u niego częsty kłopot. Reinier de Ridder parterowcem jest wybitnym. Dąży do obaleń po ciosach prostych, używa dużo kolan. Jest w tym jednak mało techniczny, chaotyczny a jego defensywa w stójce woła o pomstę do nieba. Wygląda to momentami pokracznie. Królestwem jest parter, gdyż spectrum poddań jakich jest w stanie użyć naprawdę klasyfikuje go jako topowego parterowca. Problemy kondycyjne można tłumaczyć trochę dużą intensywnością startów, bo Holender w niecały rok stoczył 5 pojedynków w UFC. W tej konfrontacji to Brazylijczyk będzie rozdawał karty w stójce. Nie powinien się obawiać siły ciosów RDR, sam natomiast stosując niskie kopnięcia i przede wszystkim duży wolumen bokserski będzie go rozbijał. Były gwiazdor organizacji ONE jak to ma w zwyczaju desperacko będzie dążył do obaleń i zapaśniczego kotła, ale Borralho jest zwyczajnie zbyt solidny, aby dać się na coś złapać. Nigdy nie przegrał przed czasem ,tlenowo też wytrzyma. Nawet jeśli da się sprowadzić to zwłaszcza zmęczony Holender popełnia błędy i potrafi oddać pozycje. Zachowując czujność i prowadząc pojedynek w sposób ułożony, nie wchodząc w chaotyczną grę Reiniera to Caio powinien wygrać minimum dwie rundy z trzech na kartach punktowych. Mój typ: Caio Borralho decyzją.

Kursy podstawowe na tę walkę na efortuna.pl przedstawiają się następująco:
Borralho: 1.41
de Ridder: 2.85

155 lb: Drew Dober (28-15) vs. Michael Johnson (24-19)

Grzegorz: To starcie ma bardzo prostą dynamikę stylistyczną – mobilny, techniczny striker przeciwko zawodnikowi, który niemal zawsze idzie do przodu i szuka ciężkich wymian. Michael Johnson od lat pracuje w oktagonie w podobny sposób. Leworęczny, bardzo szybki na nogach, walczący na dystansie, opierający swoją grę na jabach, kontrach i punktowaniu przeciwnika mocnymi ciosami. Drew Dober to z kolei klasyczny zawodnik wywierający presję – idzie do przodu, skraca dystans i próbuje zamienić walkę w brutalną wymianę ciosów. Rzadko kalkuluje, częściej liczy na swoją odporność i moc w rękach.
Początek walki prawdopodobnie będzie wyglądał tak, że Johnson od razu zacznie pracować na nogach i kontrolować dystans. Będzie się sporo poruszał w oktagonie, szukał prostych z lewej ręki, szybkich kontr po wejściach Dobera. Michael od lat najlepiej funkcjonuje właśnie w takim scenariuszu – gdy może walczyć na środku oktagonu i punktować rywala z dystansu. W ostatnich zwycięstwach, chociażby z Danielem Zellhuberem czy Ottmanem Azaitarem, pokazywał dokładnie ten schemat: dużo pracy na nogach, szybkie ręce i unikanie długich wymian. Mimo prawie 40 lat na karku, Johnson nadal imponuje ogromną szybkością, co się praktycznie nigdy nie zdarza w tej kategorii wagowej.
Dober będzie natomiast robił dokładnie odwrotność tego, co do klatki wniesie jego rywal. Od pierwszych sekund zacznie skracać dystans, próbować zamykać Johnsona na siatce i wymuszać półdystans. Tam jego szanse rosną. Drew ma bardzo ciężkie ręce i potrafi kończyć walki jednym trafieniem – widzieliśmy to w starciach z Kingiem Greenem, Rafaelem Alvesem czy Terrancem McKinneyem. Problem polega na tym, że żeby zadać te ciosy, musi przejść przez dystans, a właśnie w tej fazie walki Johnson jest najbardziej niewygodny.
Jeżeli Dober będzie w stanie zamknąć Michaela na ogrodzeniu i wymusić wymiany w półdystansie, pojawią się momenty zagrożenia. Johnson w swojej karierze wielokrotnie udowadniał, że w otwartych bijatykach potrafi przyjmować bardzo mocne ciosy. Walki z Gaethje, Emmettem czy Ferreirą pokazały, że gdy tempo robi się brutalne, jego defensywa przestaje być tak szczelna. Dober właśnie na takie scenariusze liczy – chaos, presja i ciężkie sierpy w półdystansie.
Z drugiej strony, jeśli Johnson utrzyma walkę na środku klatki i będzie konsekwentnie pracował na nogach, to starcie zacznie wyglądać bardzo podobnie do wielu jego zwycięstw z przeszłości. Lewy prosty będzie wchodził regularnie, Dober będzie musiał przyjmować ciosy, żeby skrócić dystans, a z każdą minutą jego twarz może wyglądać coraz gorzej. Michael jest jednym z najbardziej doświadczonych lekkich w UFC – walczył z Poirierem, Gaethje, Khabibem czy Natem Diazem – i to doświadczenie w zarządzaniu tempem walki często widać w jego pojedynkach.
Kluczowy będzie pierwszy kontakt Dobera z Johnsonem w półdystansie. Jeśli Drew szybko naruszy Michaela, walka może się zakończyć bardzo brutalnie. Jeżeli jednak Johnson przetrwa pierwsze wejścia i zacznie systematycznie punktować z dystansu, tempo i mobilność mogą przechylić walkę na jego stronę.
Widzę ten pojedynek jako starcie mobilności z presją. Dober będzie cały czas groźny, ale Johnson ma narzędzia, żeby go neutralizować – ruch, jab i doświadczenie w walkach z agresywnymi strikerami. Michael Johnson powinien wygrać tę walkę na punkty, choć Dober prawdopodobnie będzie szedł do przodu przez cały pojedynek i stworzy kilka bardzo niebezpiecznych momentów, ale mobilność, lepszy dystans i doświadczenie Johnsona powinny pozwolić mu kontrolować większość walki i wygrać na kartach punktowych. Mój typ: Michael Johnson przez decyzję sędziów.

Kursy podstawowe na tę walkę na efortuna.pl przedstawiają się następująco:
Dober: 1.90
Johnson: 1.88

Zakaz uczestnictwa w grze hazardowej dla osób poniżej 18 roku życia. Hazard stwarza wysokie ryzyko straty finansowej. Nadmierna gra niesie ze sobą potencjalne zagrożenie dla zdrowia.