Na pierwszy rzut oka to była zwykła rozmowa. W praktyce – momentami zrobiło się bardzo konkretnie. Padły niewygodne opinie, kilka gorzkich prawd i parę zdań, które mogą odbić się szerokim echem. Druga odsłona DEBATY MMA odsłoniła kulisy środowiska, o których na co dzień mówi się rzadko – i nie zawsze chętnie.
Z jednej strony kontrowersje wokół komentarzy na wizji, z drugiej – brutalna rzeczywistość finansowa zawodników. Do tego dochodzi temat nowych projektów, kierunku rozwoju KSW i pytania o sens wyjazdów do topowych klubów. Ten odcinek to nie była luźna pogawędka – to był konkretny przekrój dyskusji przez problemy, z którymi mierzy się dziś polskie MMA.
Na kanapie zasiedli zawodnicy i trener, którzy znają temat od środka. I właśnie dlatego momentami było szczerze aż do bólu.
Gdzie jest granica? Głośna sprawa komentarzy
Najwięcej emocji wzbudził wątek wypowiedzi dotyczących walki Eweliny Woźniak. Padły słowa o „rzęsach” i „świniobiciu”, które wywołały reakcję środowiska. Mianem „świniobicia” ostatni pojedynek Polki określił były mistrz wagi lekkiej KSW – Marian Ziółkowski, który komentował to starcie. Co ważne, „Goldenboy” przeprosił za te słowa jeszcze w studiu podczas trwania gali.
W debacie nie było uciekania od tematu. Pierwszy głos w tej sprawie zabrał uznany i wieloletni trener – Piotr Jeleniewski.
Wydaje mi się, że to było niefortunne, szczególnie w tym kontekście i całej tej historii, która później nabrała jeszcze bardziej smutnego obrotu. To jest duże wyzwanie, kiedy musisz komentować coś na żywo. Moim zdaniem to było bardzo niefortunne. Zdarzają się takie pomyłki i to się po prostu może każdemu zdarzyć. Marian jest naprawdę fantastycznym analitykiem, ten chłopak z Warszawy naprawdę dużo widzi.
Jako kolejny, głos w sprawie zabrał Adrian Bartosiński. „Bartos” nie ukrywał zdziwienia pojawieniem się tego tematu, twierdząc, że pierwszy raz o tym słyszy. Prowadzący debatę – Mariusz Olkiewicz wyjaśnił pokrótce mistrzowi KSW wagi półśredniej, co dokładnie padło w trakcie transmisji. Oprócz słynnych słów o „świniobiciu”, przywołał słowa innego komentatora tego wydarzenia – Sebastiana Przybysza, który na naszą debatę się nieco spóźnił, a sprawa dotyczyła źle przyklejonych przez kosmetyczkę rzęs, które odkleiły się podczas pojedynku z Evą Dourthe.
Ja tu czuję lekką uszczypliwość w stronę kobiecego MMA.
– skwitował krótko temat „Bartos”.
Co w temacie miał do powiedzenia sam Przybysz?
Na salach treningowych padają dużo gorsze teksty i nikt się o to nie obraża. Jest bardzo specyficzny humor na macie. Ja też walnąłem z tymi rzęsami, ale to raczej nie było nic obraźliwego, bardziej na śmiesznie. Tym bardziej, że przed transmisją z chłopakami ustaliśmy, że powiedziałem im, że chciałbym, żebyśmy to zrobili w miarę luźno, żebyśmy się poczuli swobodnie, a nie, że robimy, robimy jakąś ch*jozę, nie? I tak chyba trochę się za bardzo rozluźniliśmy. No Marian w tamtym momencie na pewno nie zdawał sobie nawet sprawy z tego co powiedział, bo jak tylko skończył to my z Dominikiem mu zwróciliśmy uwagę, że no nie wiemy czy trochę nie było to jednak za mocne.
Z drugiej strony pojawiła się refleksja, że granica jednak została przekroczona – nawet jeśli nie było złych intencji. Całość pokazuje jedno – MMA to twardy sport, ale transmisja telewizyjna rządzi się innymi prawami.
No kurczę, no Marian ostatecznie od razu zaczął za wszystko przepraszać. Bardzo mu się zrobiło głupio, bo nie zdawał sobie sprawy z tego, że może to zostać odebrane w taki, a nie inny sposób. To jest też kwestia Eweliny, ale wydaje mi się, że oni mają to już wyjaśnione. Widziałem, że wrzucała ostatnio gdzieś na storce, oznaczała mnie, że idzie robić rzęsy, więc myślę, że trochę już podchodzi do tego z dystansem.
Ta wypowiedź pokazuje, że mimo początkowego zamieszania i reakcji środowiska, sytuacja została najprawdopodobniej rozładowana wewnętrznie, a emocje – przynajmniej po stronie uczestników – zaczęły opadać.
„Projekt Fighter” – sport czy rozrywka?
Nowy program Canal+ od początku budzi mieszane reakcje. W debacie jasno padło: to nie jest „Tylko Jeden”. Prowadzący debatę Mariusz Olkiewicz wymienił obsadę programu, odwołując się również do wpadki w social mediach, która ujawniła już zwycięzcę programu przed jego emisją. W programie udział wzięli m.in. Paweł „Trybson” Trybała, Cyprian Wieczorek, Zofia Rybicka i inne osoby, również ze świata freakfightu.
Olkiewicz zwrócił uwagę na kluczowy problem:
Ja miałem w głowie sportowców z potencjałem, szukanie kolejnego mistrza KSW.
Tymczasem – jak sam zauważył – obecna formuła bardziej przypomina próbę przyciągnięcia nowego widza niż budowania przyszłych gwiazd sportu. Dodatkowo sytuację podgrzał wyciek w mediach społecznościowych. Do sieci trafiła grafika sugerująca zwycięzcę programu jeszcze przed emisją odcinków.
Wyciekła grafika, która pokazuje kto prawdopodobnie wygrał program.
To zdaniem uczestników debaty mocno uderza w sens całego projektu i odbiera widzom element zaskoczenia.
Mimo to pojawił się też drugi punkt widzenia. Według części rozmówców założenie programu od początku było inne – nie chodziło o wyłonienie najlepszego zawodnika, ale o coś znacznie szerszego.
W debacie pojawił się też bardzo mocny głos ze strony „Bartosa”, który zwrócił uwagę na zmieniające się realia wejścia do KSW i sens takich programów w obecnych czasach. Zawodnik sam swego czasu wziął udział w podobnym projekcie – wspomnianym już programie „Tylko Jeden”, dzięki któremu znalazł się w organizacji KSW. Choć musiał się z finału wycofać z powodu kontuzji – ostatecznie i tak zasilił szeregi federacji.
Ogólnie teraz uważam, że ciężej będzie przez taki program zbudować kogoś na duże nazwisko. Jak my byliśmy w programie, to żeby dostać się do KSW, to było coś. Było ciężko. Próg wejścia był wysoki, a teraz mam wrażenie, że tego progu praktycznie nie ma. Potrzebny jest ktoś z rekordem 1:0 i już – bo za trzy tygodnie jest gala i trzeba zestawić walkę. Jak my byliśmy w „Tylko Jeden”, to dla nas to była jedyna droga. Ja miałem rekord 7:0 i nawet nie myślałem, że mogę się dostać do KSW bezpośrednio. A teraz wiesz, jak jest. Trafiają się jakieś zastępstwa, różne sytuacje. Może kiedyś było mniej gal, mniej zawodników, ale poziom był wyższy. Teraz mamy więcej zawodników, ale przez to też więcej słabszych. Dla nas to była szansa. Dla nich? On zrobi dwie walki i mówi: „i tak pójdę do KSW”. Ten program nie jest mu aż tak potrzebny. Szczerze, to bardziej widzę w tym szansę dla freaków, bo ich bezpośrednio by nie wzięli.
Zupełnie inne spojrzenie na „Projekt Fighter” przedstawił Piotr Jeleniewski, który był jednym z trenerów w programie, obok Arbiego Shamaeva. Jego wypowiedź jasno pokazuje, że założenia formatu od początku były inne niż wielu się wydawało:
Przede wszystkim myślę, że błędnym założeniem jest porównywanie tego do programu, w którym występował Bartos, bo to są dwa zupełnie różne projekty. Ten dobór uczestników nie jest przypadkowy i tam kwestia sportowa nie jest na pierwszym miejscu, tak jak było wcześniej. Chodziło bardziej o przyciągnięcie ludzi spoza hardcore’owego świata MMA, młodszych odbiorców, stąd obecność osób z doświadczeniem freakowym czy rozrywkowym.
Oczywiście MMA tam jest i pozwala ocenić zawodników, ale najważniejsi są ludzie, ich zachowania, słabości i walka z nimi. To bardziej temat mainstreamowy – nie zdobycie kontraktu, tylko pokazanie ludzi, którzy mierzą się ze swoimi ograniczeniami, traumami i problemami życiowymi
Ja uważam, że ten program jest o prawdzie. W dzisiejszych czasach ludzie się kreują w social mediach, a tutaj zostali zderzeni z rzeczywistością i samymi sobą. Naszym zadaniem jako trenerów nie było nauczenie ich techniki, bo nie było na to czasu i poziomy były zbyt różne. Chodziło o to, żeby doprowadzić ich do momentu, w którym odpowiedzą sobie, czy naprawdę tego chcą i czy są tacy, jakimi się kreują. To jest istota tego programu, a nie sam kontrakt z KSW. Dlatego nie można tego porównywać do „Tylko Jeden” – to dwa zupełnie różne projekty.
Na koniec padło jeszcze bardzo obrazowe i humorystyczne porównanie z ust „Bartosa” – porównanie, które dobrze podsumowuje różnice między formatami:
To tak jak porównywać Love Island do Azja Express – dwa zupełnie różne programy. Jeden o podróżach, drugi o miłości.
Prowadzący przyznał, że oczekiwał od programu „wyprodukowania” kolejnego Adriana Bartosińskiego, jednak jak przekazała mu ekipa zajmująca się kręceniem programu – rozczaruje się, gdyż nie taka była idea tego projektu.
Ciekawą, a przy tym bardzo wymowną anegdotę dorzucił Bartosiński, pokazując, jak ogromny zasięg mogą mieć tego typu programy – ale też jak bardzo potrafią funkcjonować obok świata sportowego:
Duża oglądalność była, ale najzabawniejsza sytuacja… wyobraźcie sobie, że „Tylko Jeden” leciał w Polsacie, a ja już byłem mistrzem, miałem chyba dwie obrony pasa. Idę sobie w Łodzi przez Pietrynę, zaczepia mnie gość i mówi: „o, ja cię pamiętam z programu Tylko Jeden”, robimy zdjęcie i nagle pyta mnie: „a kiedy będziesz bił się w tym KSW?” I kumacie – oglądał program, a nie wiedział, że jestem w KSW i że jestem mistrzem. To jest właśnie siła tego, że pamiętał mnie z programu, ale KSW w ogóle nie oglądał, nie śledził mediów. Zobacz, jakich zupełnie innych widzów to przyciągnęło.
Ta historia idealnie wpisuje się w całą dyskusję o „Projekcie Fighter” – bo pokazuje, że takie formaty faktycznie mogą wyjść poza bańkę MMA, ale jednocześnie nie zawsze przekłada się to bezpośrednio na zainteresowanie samą dyscypliną.
„Sebić” dodał do dyskusji:
To jest program dla ludzi, żeby ich zaznajomić trochę ze sportem i potrzebowali do tego zasięgowych osób. Chcą chyba znaleźć coś nowego, przyciągnąć nowych ludzi. Nie uważam, że to zły krok, że tam pościągali tych mało kontrowersyjnych freków, no bo jednak też wiesz, osoby ze świata freak fightów, ale no oni są po prostu zasięgowi. Oni przyciągną ludzi. Na tej samej zasadzie działają właśnie freaki, że oni ściągają ludzi z innego, z innych środowisk i na tym budują swoje zasięgi. I tutaj no też jakby mieli bazować na ludziach, których wzięli z ulicy, no to mu ciężko byłoby taki program też sprzedać. Kto by to oglądał? Ty byś to obejrzał, ja bym obejrzał i 10 innych osób i to tyle. A tak to jest szansa, że wiesz, że oni dotrą do innych ludzi właśnie przez to, że ci twórcy są z różnych światów.Przez to się zainteresują też MMA.
Ile naprawdę kosztuje MMA?
Ten fragment był jednym z najmocniejszych w całej debacie. Bo tu nie ma miejsca na marketing – są liczby i realia. „Bartos” za pierwszą walkę dostał 300 zł, za drugą 1000 zł, a Przybysz – za debiut zawodowy zgarnął 500 zł.
„Bartos” zwrócił uwagę na coś, o czym często się zapomina – w MMA nie ma jednej kwoty, jednego schematu. Wszystko zależy od wyborów zawodnika i poziomu, na jakim chce funkcjonować.
To jest tak indywidualne, że zależy ile chcesz włożyć w przygotowania. Ja jeżdżę dwa razy w tygodniu do fizjoterapeuty do Warszawy i już same dojazdy plus sesje wychodzą mi trzy, cztery tysiące miesięcznie. A przecież nie muszę tego robić – mógłbym chodzić gdzieś taniej albo nawet za darmo w ramach współpracy w Łodzi za relację. Tak samo z trenerem – mógłbym mieć kogoś tańszego, płacić za pojedyncze treningi, a nie procent od kontraktu. Wszystko rozbija się o to, z kim chcesz pracować i na jakim poziomie. Im więcej zarabiasz, tym bardziej dochodzisz do wniosku, że możesz sobie pozwolić na lepsze przygotowania.
To właśnie ten fragment dobrze pokazuje mechanizm funkcjonowania zawodowego MMA. Na początku kariery zawodnicy często szukają oszczędności, korzystają z układów sponsorskich, znajomości czy barterów. Z czasem jednak zaczynają inwestować coraz więcej – w sztab, regenerację, dietę czy wyjazdy.
Do tematu finansów odniósł się również „Sebić”, pokazując tę drugą stronę – moment przejścia z dokładania do sportu do realnego zarabiania:
Jak przygotowywałem się do pierwszej walki o pas w KSW, to wtedy byłem w stanie zrezygnować z pracy na stacji benzynowej i wiedziałem, że coś zacznie mi zostawać, ale dalej byłem raczej oszczędny. Teraz jest już tak, że mogę odkładać pieniądze – na życie i na rozwój.
Ta wypowiedź dobrze obrazuje typową drogę zawodnika MMA. Na początku łączenie treningów z pracą to standard – sport nie daje jeszcze stabilności finansowej. Dopiero wejście na wyższy poziom, walki o pas czy regularne występy w dużej organizacji pozwalają przejść na zawodowstwo w pełnym tego słowa znaczeniu.
I co ważne – nawet wtedy nie chodzi o luksus, tylko o możliwość inwestowania w siebie. Bo w MMA pieniądze bardzo często wracają… z powrotem do przygotowań.
Bardzo mocny i jednocześnie najbardziej trzeźwy głos w tej dyskusji należał do trenera Piotra Jeleniewskiego. To spojrzenie z perspektywy osoby, która widzi nie tylko top zawodników, ale też całą resztę – tych, którzy są daleko od świateł reflektorów.
Wszyscy mówią o sponsorach, o firmach wspierających, ale pytanie – od jakiego momentu to się pojawia i jak długą drogę trzeba przejść wcześniej. Są chłopaki, którzy trenują w dzień, a w nocy stoją na bramkach albo gdzieś dorabiają, żeby się utrzymać. Część z nich nigdy nawet nie była u rehabilitanta, bo po prostu nie było ich na to stać.
Pieniądze w tym sporcie są coraz większe, ale tylko dla topu – powiedzmy top 10. Cała reszta pracuje, trenuje i dokłada do tego sportu i to jest największy problem – nie ile to kosztuje, tylko ilu ludzi w ogóle stać na takie przygotowania. Dopiero ci, którzy dochodzą na szczyt, zaczynają realnie zarabiać i to nie dotyczy tylko Polski – w UFC też tylko czołówka zarabia duże pieniądze i ma udział w pay-per-view.
W boksie wygląda to inaczej, ale w MMA to jest wciąż ogromna bolączka, a walki są tak samo ciężkie na początku kariery jak i na końcu – czasem nawet trudniejsze, bo trafiasz na gościa, który zrobi wszystko, żeby się wybić.
To jedna z tych wypowiedzi, które zdejmują z MMA cały marketingowy filtr. Bo o ile na górze widać kontrakty, sponsorów i duże nazwiska, to fundament tego sportu wciąż opiera się na zawodnikach, którzy przez lata dokładają do swojej kariery.
Fight Mode – nowy gracz i duże znaki zapytania
W debacie naturalnie pojawił się kolejny gorący temat – nowy projekt walk na gołe pięści, czyli Fight Mode. Mariusz Olkiewicz nakreślił kontekst bardzo konkretnie. Na czele inicjatywy stoi Łukasz Jurkowski jako twarz projektu, obok niego pojawia się Sandra Kubicka, a sam pomysł ma wyraźnie odcinać się od klasycznych freak fightów. Kluczowe ma być jedno – charakter zawodników. Jeśli ktoś go nie pokaże, ma wypadać z projektu. Jednocześnie w doborze uczestników widać wyraźny kierunek – to mają być osoby zasięgowe, influencerzy, ludzie znani szerzej niż tylko w środowisku sportowym.
I tu pojawia się zasadnicze pytanie, które napędziło dalszą dyskusję – czym właściwie ma być Fight Mode i gdzie chce się ustawić na rynku? Bo z jednej strony mamy brutalną formułę walk na gołe pięści, z drugiej – próbę budowania projektu wokół nazwisk i zasięgów.
To zestawienie od razu rodzi wątpliwości. Czy da się pogodzić sportową brutalność z bardziej „mainstreamowym” produktem? Czy widz, który przychodzi dla rozrywki i nazwisk, kupi format oparty na realnym, ciężkim boju bez rękawic? I wreszcie – czy Fight Mode jest w stanie realnie zagrozić Gromdzie, która już ma swoją, bardzo konkretną i wierną bazę odbiorców? Padło też konkretne pytanie biznesowe – czy taki projekt ma potencjał, żeby sprzedać pay-per-view na poziomie około 50 zł? To już nie tylko kwestia sportu czy widowiska, ale realnej siły przyciągania widza.
Do tematu odniósł się trener Piotr Jeleniewski, który – mimo osobistych sympatii – podszedł do projektu z wyraźnym dystansem.
Kiedy pierwszy raz usłyszałem o tym projekcie, naturalnie trzymałem kciuki za Łukasza, bo znamy się od lat i chciałbym, żeby to się udało. Ale zacząłem się zastanawiać, czy próba stworzenia czegoś na kształt „Gromdy w białych kołnierzykach” rzeczywiście trafi do innego odbiorcy niż ten, który już dziś ogląda takie walki.
Poziom brutalności w tej formule jest bardzo wysoki i nie jestem przekonany, czy bardziej „elegancka” oprawa, ten biały kołnierzyk symbolicznie „ochlapany krwią”, będzie w stanie sprzedać się szerszej publiczności. Pytanie brzmi, czy rzeczywiście znajdzie się widz, którego ten projekt chce przyciągnąć.
Do wątku Fight Mode odniósł się również Sebastian Przybysz, który spojrzał na projekt z perspektywy aktywnego zawodnika – i jednocześnie kogoś, kto ma dostęp do zakulisowych informacji.
Dla mnie to ciekawy projekt i tak czy inaczej chciałem się wybrać na tę galę, żeby ją zobaczyć. Teraz wiem, że będę tam na miejscu na 100%, też z perspektywy zawodnika, który może coś podejrzeć od backstage’u.
Wiem też o różnych propozycjach, które padały, bo były zapytania o różnych zawodników. Mój menadżer trochę mi o tym opowiadał. Mogę powiedzieć, że były też zapytania między innymi o mnie.
Na pewno to ciekawy projekt, ale zastanawiam się, skąd mają aż takie finansowanie, bo widać, że stać ich na rozwój.
W pewnym momencie rozmowa zeszła na konkrety – padło pytanie do Adriana Bartosińskiego, ile musiałby dostać, żeby w ogóle rozważyć wejście do takiej formuły. Odpowiedź była szczera i bez kalkulowania pod publikę.
Nie wiem, dwa, trzy razy tyle.
Nie, no ja bym nie zawalczył na gołe pięści, człowieku. Minimum musieliby podwoić, ale nawet nie wiem, czy bym chciał.
Jedna walka to jest najprawdopodobniej – jak będziesz miał szczęście, to nic się nie stanie, ale realnie mówimy o złamanym oczodole i przynajmniej jednej ręce.
Ja zawsze miałem tak, że jak stałem na bramkach i musiałem kogoś „zgasić”, to waliłem łokciem, bo bałem się, że złamię rękę. Mam słabe ręce i bez owinięcia bałbym się uderzyć.
Wniosek jest prosty: nawet dla zawodników z absolutnego topu to nie jest tylko kwestia pieniędzy. To inna skala konsekwencji zdrowotnych – i nie każdy jest gotów ją zaakceptować, nawet przy znacznie wyższej gaży.
Fight Mode wchodzi więc na rynek z odważnym pomysłem, ale też z dużym ryzykiem. Bo to próba połączenia dwóch światów – brutalnych walk i szerokiej rozrywki. A historia pokazuje, że nie zawsze takie mieszanki działają tak, jak zakładają twórcy.
Topowe gymy na świecie – czy to naprawdę klucz do rozwoju?
Dyskusja zeszła również na temat wyjazdów do zagranicznych klubów i ich realnego wpływu na rozwój zawodnika. Jako pierwszy głos zabrał aktualny mistrz wagi półśredniej KSW, który podważył popularne przekonanie, że sam wyjazd do topowego gymu automatycznie winduje poziom sportowy.
Uważam, że tak nie jest. Sam byłem w Stanach i powiem to tak – wyobraźmy sobie, że jadę do Mike’a Browna. On mnie nie zna jako zawodnika, nie wie o mnie nic i ma mnie przygotować do walki. Nie wie, co jest dla mnie złe, jak reaguję w kryzysowych momentach.
Może być tak, że robię coś, co na treningu wygląda dobrze, ale w rzeczywistości nie powinienem tego robić, bo kosztuje mnie za dużo energii albo jest błędem. A trener tego nie wychwyci, bo mnie nie zna i powie: „jest okej, działa”.
I tak jak teraz z Robertem – moim zdaniem Mike Brown jeszcze go nie zna jako zawodnika. To, że coś wygląda dobrze na treningu, nie znaczy, że jest optymalne. Nie zmienisz się jako zawodnik tylko dlatego, że pojedziesz do Stanów na sześć tygodni czy pół roku. Jasne, zrobisz sparingi z topem, wejdziesz na salę, gdzie masz 80 osób, 20 ze swojej kategorii, każdy inny styl. To jest ogromna wartość.
Ale ja na własnej skórze doświadczyłem, jak ważny jest trener, który zna cię od lat. Wie, co trzeba zmieniać, a czego nie ruszać. Tego nie da się nadrobić w rok czy dwa, a już na pewno nie w dwa miesiące. Dlatego ja teraz widzę to tak, że jeśli będę wracał do Stanów, to tylko na okresy sparingowe. Między walkami, żeby się rozwijać, ale nie po to, żeby ktoś mnie tam prowadził od zera.
To spojrzenie mocno kontrastuje z powszechnym trendem „wyjazdów do USA po formę życia”. Wypowiedź jasno rozdziela dwie rzeczy: wartość sparingów na najwyższym poziomie i iluzję szybkiej transformacji pod okiem trenera, który dopiero poznaje zawodnika.
W tle pojawia się też konkretny przykład – Robert Ruchała, przygotowujący się w American Top Team. Według tej opinii sam poziom treningowy to jedno, ale dopasowanie planu pod konkretnego zawodnika to zupełnie inna historia.
Puenta jest prosta: światowe gymy mogą przyspieszyć rozwój, ale nie zastąpią relacji i zrozumienia budowanego latami z głównym trenerem.
Wątek zagranicznych przygotowań zszedł w pewnym momencie w bardzo konkretnym kierunku. Co ciekawe, zarówno aktualny mistrz wagi półśredniej KSW, jak i Sebastian Przybysz przyznali, że rozważali wyjazd do Dagestanu – miejsca kojarzonego z jednym z najmocniejszych ośrodków szkoleniowych na świecie i osobą Khabiba Nurmagomedova.
To jednak nie jest decyzja wyłącznie sportowa. „Sebić” jasno pokazał, że w grę wchodzą również kwestie wizerunkowe i reakcja opinii publicznej:
No ja bardzo chciałem, bo wiem, że się da, tylko że no kurde stary – wrzucisz potem zdjęcie stamtąd i masz problem. Ludzie cię zjedzą. Bo to nie jest tak, że ktoś powie: „pojechał się rozwijać”. Tylko raczej: „co ty robisz, poleciałeś trenować do Rosji”. Może w końcu nauczyłbym się zapasów.
Nowy głos KSW. Wojsław Rysiewski na froncie
Na koniec pojawił się temat, który w ostatnich miesiącach coraz mocniej rzuca się w oczy – wyraźne wycofanie się Martina Lewandowskiego i Macieja Kawulskiego z medialnego frontu oraz przesunięcie ciężaru komunikacji na Wojsława Rysiewskiego.
To zmiana, która nie została ogłoszona wprost, ale jest widoczna. I naturalnie wywołuje pytania – czy to dobry ruch, co mówi o samej organizacji i czy KSW nie traci na tym marketingowo?
Aktualny mistrz wagi półśredniej KSW zwrócił uwagę na dość pragmatyczny aspekt tej zmiany:
To jest sprytny model, bo Woju mówi, że nie jest uprawniony do dopowiadania niektórych rzeczy. Szefowie nic nie mówią, więc koło się zamyka. Ale z drugiej strony uważam, że od kiedy on jest na froncie, to w mediach działa to sprawniej.
Z kolei Sebastian Przybysz spojrzał na to szerzej – przez pryzmat stylu komunikacji i wcześniejszych doświadczeń:
Myślę, że dobrze, że Martin trochę odpuścił. Wrzucał wywiady, padały mocne teksty, ale czasami robił to w zły sposób. Czasem coś powiedział na gorąco, czego później mógł żałować. Teraz Wojsław ma inną funkcję i ja nie uważam, że to jest złe rozwiązanie.
Z tych wypowiedzi wyłania się dość spójny obraz. KSW przeszło z modelu opartego na emocjonalnych, często bezpośrednich wypowiedziach właścicieli do bardziej kontrolowanej, uporządkowanej komunikacji.
Mniej kontrowersji, więcej dyplomacji. Mniej „iskier”, więcej kontroli nad przekazem.
Pytanie tylko, czy w dłuższej perspektywie taka strategia utrzyma uwagę kibiców tak samo skutecznie, jak robiły to kiedyś mocne, bezpośrednie słowa właścicieli.
Przybysz dodał jeszcze:
ale wracając do tego, no uważam, że Woj bardzo dyplomatycznie potrafi niektóre rzeczy przedstawić i wie co może powiedzieć, czego nie może powiedzieć i puścić dalej w świat. A no tak jak no nie wiem, na przykład Martinowi się zdarzało coś po prostu czasem palnąć, czego nie chciał ostatecznie powiedzieć. No ale ale powiedział. No i wiesz, wiadomo, że ludzie tam się gdzieś tym jarali i w ogóle, że super. Ja nie zauważyłem, żeby ktoś powiedział, że o za dużo tego woja.
Najbardziej rozbudowaną i jednocześnie najspokojniejszą ocenę tej zmiany przedstawił trener Piotr Jeleniewski, który – jak sam podkreślił – od lat funkcjonuje blisko organizacji i widzi jej działanie od środka.
Postaram się to zamknąć w dwóch zdaniach. Po pierwsze – w obecnej sytuacji uważam, że to jest jedyne najlepsze i rozsądne rozwiązanie.
Po drugie – Wojsław jest najlepszą możliwą osobą i świetnym wyborem do tej roli.
Na tym jednak nie poprzestał i rozwinął swoją ocenę, wskazując na szerszy kontekst funkcjonowania organizacji, porównując tę sytuację do organizacji UFC.
Dla samej organizacji to jest naprawdę doskonała decyzja. Chodzi o to, żeby mówić jednym, spójnym głosem.
To, że Wojsław nie zawsze chce coś powiedzieć, też nie jest przypadkowe. Dana White też nie mówi wszystkiego. Za tym stoi konkretny cel – dozowanie informacji, pewna polityka.
To nie jest tak, że nic się nie dzieje albo że nie ma konkurencji. Są rzeczy, o których po prostu nie można mówić i Wojsław też nie zawsze ma możliwość, żeby wszystko ujawnić.
Trener zwrócił również uwagę na drogę, jaką przeszedł Rysiewski – od dziennikarza do jednej z kluczowych postaci w strukturze KSW:
Pamiętam go jeszcze z czasów, kiedy zaczynał jako dziennikarz. To, gdzie jest dzisiaj i jak się rozwinął, to naprawdę ogrom pracy. Jego profesjonalizm to jest coś, co trzeba docenić.
To jest człowiek, który podchodzi do tego nie tylko profesjonalnie, ale też uczciwie. Ma swoją etykę pracy, traktuje ludzi w odpowiedni sposób i naprawdę widać, że jest na swoim miejscu.
Ta wypowiedź domyka cały wątek – pokazując, że zmiana w komunikacji KSW nie jest przypadkowa ani tymczasowa. To świadoma strategia, oparta na spójności przekazu, kontroli informacji i zaufaniu do jednej, sprawdzonej osoby.
Zobacz także: Rewanż Szpilki z Wrzoskiem stał się faktem! Sprawdź, kto wygrał na live Łatwogang [WIDEO]















![MMA Replay: Patryk Kaczmarczyk analizuje zwycięstwo nad Soldaevem – „Wiedziałem, że go złamię” [WYWIAD]](https://inthecage.pl/wp-content/uploads/2026/01/Miniaturka-MMA-Replay-v1-kopia-218x150.webp)
![MMA Replay: Adrian Bartosiński analizuje swoją walkę z Andrzejem Grzebykiem – nowy format dla fanów MMA [WYWIAD]](https://inthecage.pl/wp-content/uploads/2025/12/maxresdefault-218x150.webp)
![Wzór na MISTRZA z Michałem Sobiechem #5 | Przygotowanie mentalne i fizyczne – rola adaptogenów [PODCAST]](https://inthecage.pl/wp-content/uploads/2025/05/maxresdefault-218x150.jpg)
![Wzór na MISTRZA z Michałem SOBIECHEM #4 | MMA | Dieta | Doping | Suplementy | KSW 105 [PREMIERA o 19:00]](https://inthecage.pl/wp-content/uploads/2025/04/maxresdefault-2-218x150.webp)
![MMA TuNajt #320 | TYPOWANIE XTB KSW 105 + przegląd kursów FORTUNY [PODCAST]](https://inthecage.pl/wp-content/uploads/2025/05/MMA-TuNajt-320-218x150.png)








