Zapowiedzi były ogromne. Gala UFC w Białym Domu miała być wydarzeniem historycznym – symbolem potęgi amerykańskiego sportu i jednocześnie największym show w historii MMA. Mówiono o rekordowych kosztach organizacji, kilkudziesięciu tysiącach kibiców na miejscu i karcie walk, która przejdzie do historii. Dziś znamy już oficjalną rozpiskę UFC Freedom 250. I trudno oprzeć się wrażeniu, że między zapowiedziami a rzeczywistością powstała bardzo duża różnica.

Wielkie zapowiedzi gali w Białym Domu

Pomysł zorganizowania gali UFC na terenie Białego Domu od początku brzmiał jak scenariusz filmowy. Wydarzenie zaplanowane na 14 czerwca 2026 roku w Waszyngtonie ma być częścią obchodów 250-lecia niepodległości Stanów Zjednoczonych. Od momentu ogłoszenia projektu mówiło się o przedsięwzięciu bez precedensu w historii sportów walki.

Według szacunków UFC i TKO Group Holdings organizacja wydarzenia ma kosztować nawet około 60 milionów dolarów, co czyni je jednym z najdroższych projektów w historii organizacji. Jak przyznał prezes TKO Mark Shapiro, gala sama w sobie nie ma przynieść zysku – traktowana jest raczej jako długoterminowa inwestycja w wizerunek organizacji i ogromną ekspozycję medialną.

Plan zakłada stworzenie tymczasowej areny na trawniku przed Białym Domem, która pomieści około pięciu tysięcy widzów. Kolejne dziesiątki tysięcy kibiców mają oglądać wydarzenie na wielkich ekranach ustawionych w pobliskim parku Ellipse w centrum Waszyngtonu.

Od początku zapowiedzi były jednak znacznie większe niż sama skala logistyczna wydarzenia. Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump podczas gali Kennedy Center Honors zapowiedział, że karta walk może być absolutnie historyczna. Przypomnijmy sobie, jak brzmiały słowa prezydenta USA:

Będziemy mieć tu wiele wydarzeń. UFC na trawniku Białego Domu, 14 czerwca. Budujemy arenę. Dana White przygotowuje kartę z ośmioma albo dziewięcioma walkami o pas – wszystkie pojedynki mistrzowskie, wszystkie na najwyższym poziomie.

Gdyby rzeczywiście doszło do realizacji takiego planu, byłoby to wydarzenie bez precedensu w historii UFC. Dotychczas rekord wynosi trzy walki o pas na jednej gali, a nawet osiągnięcie tego pułapu zdarzało się niezwykle rzadko. Donald Trump sugerował również, że Dana White trzyma część potencjalnych zestawień „w rezerwie”, właśnie z myślą o historycznym wydarzeniu w Waszyngtonie.

Sam szef UFC w pierwszych miesiącach tonował jednak emocje, podkreślając, że matchmaking do tej gali jeszcze się nie rozpoczął i ruszy dopiero bliżej 2026 roku. Jednocześnie nie ukrywał ogromnych ambicji związanych z projektem.

W rozmowie w Full Send Podcast White zapowiadał, że gala w Białym Domu może przynieść najmocniejszą kartę w historii organizacji.

Trump postawił Ivankę na czele projektu, więc współpracujemy z nią i moim zespołem. Jesteśmy po rekonesansie, opracowujemy plan i wkrótce przedstawimy go prezydentowi.

Szef UFC przyznawał również, że wydarzenie ma mieć absolutnie wyjątkowy charakter.

Secret Service będzie wymagać sprawdzenia każdego uczestnika. Nie wiemy, ile osób w ogóle będzie mogło wejść. Ale kto się dostanie, przeżyje coś absolutnie niepowtarzalnego. Po jednej stronie oktagonu Biały Dom, po drugiej Pomnik Waszyngtona. To będzie coś szalonego.

Nic dziwnego, że zainteresowanie wśród zawodników było ogromne. Chęć występu na historycznej gali publicznie wyrażali między innymi Jon Jones, Conor McGregor, Alex Pereira, Amanda Nunes czy Nate Diaz jak i Jorge Masvidal.

White sam wspominał również o potencjalnej superwalce pomiędzy Jonem Jonesem a Tomem Aspinallem. Taki scenariusz szybko jednak przestał być realny – Aspinall po operacjach związanych z urazami oczu wciąż nie został dopuszczony przez lekarzy do sportu kontaktowego, a usługami Jona Jonesa szef UFC zdaje się być niezbyt zainteresowany.

W teorii jednak wszystko wskazywało na jedno – UFC przygotowuje największe wydarzenie w historii organizacji. Dlatego właśnie oczekiwania wobec tej gali urosły do naprawdę ogromnych rozmiarów.

Tak wygląda karta walk UFC Freedom 250

Ostatecznie gala w Białym Domu składa się z zaledwie sześciu pojedynków.

  • Ilia Topuria vs. Justin Gaethje – stawką walki będzie mistrzowski pas wagi lekkiej
  • Alex Pereira vs. Ciryl Gane – stawką pojedynku jest tymczasowe złoto kategorii ciężkiej
  • Sean O’Malley vs. Aiemann Zahabi
  • Mauricio Ruffy vs. Michael Chandler
  • Bo Nickal vs. Kyle Daukaus
  • Diego Lopes vs. Steve Garcia

Main event z udziałem Ilii Topurii i Justina Gaethje zapowiada się kapitalnie, choć może trochę jednostronnie. Starcie niepokonanego mistrza z jednym z najbardziej efektownych zawodników w historii kategorii lekkiej to zestawienie, które sportowo i medialnie broni się właściwie samo. Topuria jest dziś jedną z największych gwiazd organizacji, a Gaethje od lat gwarantuje walki, które kończą się spektakularnymi nokautami lub brutalnymi wojnami w oktagonie. W dodatku Amerykanin jest posiadaczem tymczasowego pasa wagi lekkiej, także będzie to pojedynek unifikacyjny.

Duże zainteresowanie może również wzbudzać potyczka Alexa Pereiry z Cirylem Gane. Brazylijczyk pozostaje jedną z największych postaci współczesnego UFC i jednym z najbardziej rozpoznawalnych zawodników na świecie. Dla Pereiry byłby to kolejny krok w kierunku zapisania się w historii organizacji, natomiast dla Gane szansa na powrót do walki o mistrzowski pas kategorii ciężkiej.

Na tym jednak lista zestawień, które można bez wahania nazwać wielkimi, właściwie się kończy.

Trudno oczywiście powiedzieć, że Sean O’Malley vs. Aiemann Zahabi to zła walka. O’Malley pozostaje jedną z największych gwiazd młodego pokolenia w UFC i przyciąga ogromne zainteresowanie kibiców. Problem polega raczej na tym, że w kontekście historycznej gali w Białym Domu wielu fanów spodziewało się dla niego rywala z absolutnej czołówki kategorii koguciej, chociażby Cory’ego Sandhagena, ale o tym pomówimy później.

Jeszcze więcej pytań budzą jednak pozostałe zestawienia. Mauricio Ruffy vs. Michael Chandler to starcie, które sportowo może być bardzo widowiskowe, ale trudno uznać je za pojedynek o ogromnej wadze dla dywizji lekkiej. Podobnie wygląda sytuacja z walką Bo Nickal vs. Kyle Daukaus. Nickal jest bez wątpienia jednym z największych prospectów w całym UFC, jednak zestawienie go z zawodnikiem pokroju Daukausa na gali tej rangi wydaje się co najmniej zaskakujące. Wymowne jest to, że sam Daukaus stwierdził, że nie zasługuje na miejsce na gali UFC w Białym Domu.

Jeszcze większym zaskoczeniem dla wielu kibiców było pojawienie się na tej karcie walki Diego Lopes vs. Steve Garcia. Lopes jest zawodnikiem, który w ostatnich latach zyskał ogromną sympatię fanów dzięki efektownemu stylowi walki i gotowości do przyjmowania pojedynków w krótkim terminie. Tym bardziej można było oczekiwać dla niego rywala o znacznie większym nazwisku.

Dlatego właśnie w tym miejscu pojawia się największy kontrast całej gali, bo kiedy przez wiele miesięcy słyszysz zapowiedzi o „największej karcie w historii UFC”, naturalnie spodziewasz się czegoś znacznie większego niż sześciu pojedynków, z których tak naprawdę tylko dwa można nazwać absolutnie topowymi starciami.

Karta poniżej oczekiwań

Nie spodziewałem się może ośmiu czy dziewięciu walk mistrzowskich, jak zapowiadał Donald Trump, ale trudno nie odnieść wrażenia, że ta karta jest po prostu poniżej oczekiwań. Przy tak ogromnych zapowiedziach, przy całej narracji o „największym wydarzeniu w historii UFC”, naturalne było oczekiwanie czegoś naprawdę wyjątkowego – rozpiski naszpikowanej największymi nazwiskami, pojedynkami z absolutnej czołówki i zestawieniami, które od razu wywołują ogromne emocje. Przy tej karcie tego zabrakło.

Gdy patrzy się na ogłoszoną kartę walk, pojawia się raczej uczucie niedosytu. Niektóre zestawienia naprawdę trudno uznać za adekwatne do wydarzenia tej rangi. Mauricio Ruffy vs. Michael Chandler czy Sean O’Malley vs. Aiemann Zahabi nie brzmią jak pojedynki, które powinny znaleźć się na historycznej gali organizowanej na terenie Białego Domu. Oczywiście nie chodzi o to, że są to złe walki. Problem polega raczej na skali wydarzenia i na tym, jakie oczekiwania zostały zbudowane wokół tej gali przez wiele miesięcy.

Sean O’Malley oczywiście mógłby być częścią takiego wydarzenia. To jedna z największych gwiazd młodego pokolenia w UFC, zawodnik z ogromną popularnością i charakterystycznym stylem walki. Problem polega jednak na doborze przeciwnika. Dlaczego nie zestawić go z Corym Sandhagenem? Sandhagen od dawna domaga się walki z O’Malleyem i sam przyznał, że był rozczarowany, gdy ogłoszono zestawienie z Zahabim. Z kolei O’Malley w rozmowie w programie The Ariel Helwani Show skomentował sytuację dość bezpośrednio: „it sucks to be Cory Sandhagen now”.

Jeszcze bardziej zastanawiające są jednak inne nazwiska na tej karcie.

Mauricio Ruffy?
Kyle Daukaus?
Steve Garcia?

Trudno nie zadać pytania: czym dokładnie ci zawodnicy zasłużyli na miejsce na tak wyjątkowym wydarzeniu? Mówimy przecież o gali, która według zapowiedzi miała być największym projektem w historii UFC, wydarzeniem organizowanym na terenie Białego Domu i częścią obchodów 250-lecia Stanów Zjednoczonych.

Sam Kyle Daukaus przyznał przecież w jednym z wywiadów, że nie czuje, by zasłużył na walkę na takiej gali. To zresztą dość wymowny moment – kiedy nawet jeden z uczestników wydarzenia otwarcie mówi, że jest zaskoczony swoją obecnością na takiej rozpisce.

Jeśli chodzi o Diego Lopesa, to zawodnik, który jest lojalny wobec UFC, daje widowiskowe walki i organizacja wyraźnie stawia na jego promocję. W ostatnich latach wielokrotnie udowadniał, że potrafi dostarczyć fanom efektowne pojedynki, często przyjmując walki w trudnych okolicznościach lub z krótkim terminem przygotowawczym. Tym bardziej można było oczekiwać dla niego rywala o znacznie większym nazwisku.

Gdzie są największe gwiazdy?

Jeszcze większym problemem jest brak kilku nazwisk, które wręcz idealnie pasowałyby do wydarzenia tej rangi.

Na karcie nie ma Conora McGregora.
Nie ma Jona Jonesa, który publicznie wyrażał chęć występu na tej gali.
Nie ma Colby’ego Covingtona.

I właśnie to budzi największe zdziwienie. Bo jeśli organizujesz wydarzenie, które ma być jednym z najważniejszych w historii sportów walki, naturalnie spodziewasz się obecności największych gwiazd tej dyscypliny. Pamiętacie kartę walk gali KSW 39: Colosseum? Odbyła się w 2017 roku. Minął już kawał czasu, ale można by rzec, że było to wydarzenie specjalne, jedyne w swoim rodzaju (oczywiście później federacja KSW zorganizowała drugą edycję gali na PGE Narodowym), którego kartę walk otwierała… walka mistrzowska.

Na Stadionie Narodowym zobaczyliśmy wtedy pięć walk mistrzowskich, starcie mistrz vs. mistrz w main evencie (bez pasa na szali) oraz występy największych gwiazd federacji z tamtego okresu.

Mało tego. Jak już wyżej wspomniałem, walką otwarcia gali był pojedynek o inauguracyjny pas kategorii muszej kobiet. I to jest pytanie, które naprawdę warto zadać: kiedy ostatnio na wielkiej gali walką otwarcia było starcie o mistrzowski tytuł? To pokazuje skalę ambicji tamtego wydarzenia. Pasji, podczas tworzenia karty walk. Chęci zaskoczenia. Chęci zbudowania jedynego, niepowtarzalnego klimatu podczas tego nieprawdopodobnego wydarzenia. Wyobrażacie sobie kartę gali KSW na PGE Narodowym z sześcioma walkami, w tym zaledwie dwiema mistrzowskimi?

Wróćmy jednak do Waszyngtonu. Większość wspomnianych wyżej gwiazd organizacji UFC sama wyrażała chęci wystąpienia na tym wydarzeniu!

Najlepszym przykładem jest Conor McGregor. Irlandczyk od wielu miesięcy otwarcie mówił o tym, że chce wrócić właśnie na gali organizowanej przy Białym Domu. Wymienił wówczas nawet wiadomości z Daną Whitem, a prezes organizacji UFC wstępnie był bardzo zadowolony z tego pomysłu.
W październiku ubiegłego roku przyznał w rozmowie z MMA Fighting, że planuje podporządkować przygotowania całkowicie temu wydarzeniu.

Mam osiem miesięcy do gali przy Białym Domu. Traktuję to jako sześciomiesięczną operację przygotowawczą. To jest mój cel. Jestem głodny powrotu i wiem, że czeka mnie ogrom pracy. Jest dużo do stracenia, ale też ogromnie wiele do zyskania.

McGregor zapowiadał wręcz, że zamierza odciąć się od wszystkiego i skupić wyłącznie na obozie przygotowawczym. Wprost mówił o okresie izolacji i całkowitym podporządkowaniu życia treningom. Nie można też zapominać, że powrót „Notoriousa” – nawet jeśli jego sportowa forma jest dziś wielką niewiadomą – wciąż pozostaje jednym z największych wydarzeń medialnych, jakie może zaoferować MMA. McGregor przez lata był największą gwiazdą sprzedaży pay-per-view w historii UFC i jego nazwisko nadal potrafi wywołać gigantyczne zainteresowanie.

Co ciekawe, zawodnik, z którym od dawna miał się zmierzyć, Michael Chandler, właśnie na tej gali wystąpi, to już jest w ogóle największy paradoks całej sytuacji. Ich pojedynek był planowany już wcześniej, między innymi na UFC 303 w 2024 roku, jednak McGregor wycofał się wówczas z powodu kontuzji. Od tamtej pory Chandler wielokrotnie apelował o doprowadzenie tej walki do skutku – szczególnie właśnie podczas historycznego wydarzenia w Waszyngtonie.

W rozmowie w The Ariel Helwani Show Amerykanin przyznał, że nadal wierzy w taki scenariusz:

To oczywiście nie jest zachęcające. Nie jest dobrze tego słuchać.
Moja reakcja jest prosta: zobaczymy, jak to się wszystko potoczy.

Chandler nie ukrywał, że walka z McGregorem na gali w Białym Domu była jego wymarzonym scenariuszem.

Nadal mam w sobie to przekonanie, że zawalczę z Conorem McGregorem na terenie Białego Domu. Dopóki ktoś nie udowodni mi, że jest inaczej, będę trzymał się tego kursu.

Później, w rozmowie z MMA Junkie, Amerykanin podkreślał, że sam występ na tej gali jest dla niego absolutnym priorytetem.

To będzie historyczne wydarzenie. Jedno jedyne w swoim rodzaju. Coś, co już nigdy się nie powtórzy. Chcę być jego częścią.

Paradoks polega więc na tym, że Chandler rzeczywiście znalazł się na tej karcie – ale już bez McGregora, dostając mało atrakcyjnego rywala, pod kątem medialnym. Sportowo, być może Mauricio Ruffy jest już kilka poziomów nad McGregorem, choć ciężko to stwierdzić, gdyż Irlandczyk od lat nie stoczył żadnego pojedynku.

W sprawie potencjalnego powrotu Irlandczyka głos zabrał również Alexander Volkanovski. Mistrz wagi piórkowej przyznał na swoim kanale YouTube, że jeśli McGregor miałby walczyć na tej gali, powinien być jej główną atrakcją.

Nie można mieć Conora McGregora na karcie i nie dać mu walki wieczoru. To po prostu nie miałoby sensu.

Volkanovski podkreślał jednocześnie, że przy tak wyjątkowym wydarzeniu UFC mogłoby odejść od swoich standardowych zasad układania karty walk.

Pewnie będzie tam jakaś walka o pas. Ale to gala w Białym Domu. Przy takim wydarzeniu wiele standardowych zasad może pójść w odstawkę.

Brak McGregora to jednak nie jedyne zaskoczenie.

Na tej karcie nie ma również Jona Jonesa, który jeszcze niedawno rozważał powrót z emerytury właśnie z myślą o tej gali. W pierwszych miesiącach po ogłoszeniu projektu Dana White wspominał nawet o potencjalnym starciu Jones vs. Tom Aspinall. Ten scenariusz szybko przestał być realny ze względu na problemy zdrowotne Aspinalla, ale sama obecność Jonesa na tej gali byłaby wydarzeniem ogromnego kalibru.

Warto przypomnieć, że sytuacja wokół „Bonesa” w ostatnich miesiącach była wyjątkowo dynamiczna. Po zwycięstwie nad Stipem Miocicem Jones ogłosił zakończenie kariery i zwakował pas wagi ciężkiej. Gdy jednak pojawił się pomysł historycznej gali na terenie Białego Domu, były dominator kategorii półciężkiej i ciężkiej niemal natychmiast zmienił zdanie.

Jones ponownie zapisał się do programu antydopingowego i zaczął publicznie mówić o powrocie do oktagonu właśnie na to wydarzenie. Na swoich profilach w mediach społecznościowych opublikował nawet nagranie promujące swoją kandydaturę do występu na tej gali. W wideo zatytułowanym “The best country on earth – the best fighter on earth” mówił wprost o tym, że chciałby reprezentować Stany Zjednoczone podczas jubileuszowego wydarzenia.

Latem 2026 roku Ameryka kończy 250 lat i nie mógłbym być bardziej dumny, że jestem Amerykaninem. Kocham ten kraj. Ludzi, marzenia, walkę. Nasz naród został zbudowany na odwadze i konflikcie, na wierze, że możemy stawić czoła największym i wyjść zwycięsko.

Nie był to zresztą tylko jednostronny apel. Za obecnością Jonesa na tej karcie publicznie opowiadali się również ludzie ze środowiska MMA – i to bardzo wpływowi.

Joe Rogan w jednym z odcinków JRE MMA Show stwierdził wprost, że brak Jonesa na tej gali byłby ogromnym błędem.

Jeśli nie zrobią walki Jona Jonesa w Białym Domu, to będzie tragedia.

Komentator UFC nie ukrywał, że jego zdaniem organizacja powinna zrobić wszystko, aby doprowadzić do występu jednego z najbardziej dominujących zawodników w historii MMA.

Co ciekawe, podobne stanowisko zajął nawet Daniel Cormier, czyli największy rywal Jonesa w jego sportowej karierze. Były podwójny mistrz UFC przekonywał, że w przypadku wydarzenia tej rangi obecność Amerykanina w walce wieczoru miałaby również symboliczne znaczenie.

Myślę, że trzeba dać mu walczyć. Jeśli on chce, to powinien dostać szansę. Bo chociaż MMA to sport globalny, który kochają ludzie na całym świecie, to jednak mówimy o gali w Białym Domu. Ważne, żeby Amerykanie mieli swojego mistrza w tej nocy.

Cormier zwracał uwagę, że przy wydarzeniu celebrującym 250-lecie Stanów Zjednoczonych naturalne byłoby zobaczyć w kluczowej walce jednego z największych amerykańskich mistrzów w historii sportu.

Mimo to Jones ostatecznie nie znalazł się na tej karcie.

Jak ujawnił Ariel Helwani, UFC rzeczywiście prowadziło negocjacje z obozem Jonesa w sprawie walki na tej gali – w grę wchodziło między innymi starcie z Alexem Pereirą. Rozmowy jednak utknęły w martwym punkcie, głównie ze względu na kwestie finansowe. Według Helwaniego obie strony były bardzo daleko od porozumienia i ostatecznie nie udało się osiągnąć kompromisu.

Po ogłoszeniu oficjalnej karty walk Jones nie krył rozczarowania. W mediach społecznościowych opublikował serię wpisów, w których sugerował, że negocjacje z UFC rzeczywiście się odbywały – wbrew temu, co wcześniej publicznie twierdził Dana White.

Czyli wszystkie te negocjacje były kompletną bzdurą? Tego chcecie, żebym publicznie przyznał?

Były mistrz przyznał również, że cała sytuacja była dla niego wyjątkowo bolesna.

Człowieku, to jest cholernie bolesne. Leżę w łóżku i próbuję to wszystko poukładać w głowie. Myślę tylko o tym, jak bardzo to boli.

Dana White szybko odpowiedział na te słowa, podkreślając, że jego zdaniem kariera Jonesa jest już w praktyce zakończona i że problemy zdrowotne zawodnika – w tym kłopoty z biodrami – sprawiają, iż nie był on realnym kandydatem do walki na tej gali. Sytuacja zrobiła się na tyle napięta, że Jones publicznie zasugerował nawet, iż jeśli UFC rzeczywiście uważa go za skończonego zawodnika, organizacja powinna zwolnić go z kontraktu.

Jeśli UFC naprawdę uważa, że jestem skończony, proszę o natychmiastowe zwolnienie mnie z kontraktu.

Cała ta historia pokazuje jedno – Jon Jones naprawdę bardzo chciał walczyć na tej gali. I właśnie dlatego jego brak na karcie walk UFC Freedom 250 dla wielu kibiców jest jednym z największych zaskoczeń całego wydarzenia.

Nie zobaczymy również Colby’ego Covingtona, który od lat buduje swój wizerunek wokół amerykańskiego patriotyzmu i relacji z Donaldem Trumpem. Trudno więc wyobrazić sobie zawodnika bardziej pasującego do gali organizowanej właśnie przy Białym Domu. Tym bardziej, że sam Bo Nickal znajdujący się na tej karcie walk prosił o starcie z „Chaosem”. Ostatecznie dostał… Kyle’a Daukausa, który wcześniej wyleciał z UFC ze względu na niezadowalające wyniki sportowe.
Covington również deklarował gotowość do walki, podkreślając, że zaakceptowałby pojedynek na tej gali bez względu na nazwisko przeciwnika.

Krytyka karty przez zawodników, fanów i dziennikarzy

Ogłoszenie karty walk gali UFC Freedom 250 wywołało natychmiastową reakcję środowiska MMA. Krytyczne komentarze pojawiły się zarówno ze strony zawodników, jak i dziennikarzy czy kibiców, którzy zwracali uwagę przede wszystkim na ogromny rozdźwięk pomiędzy zapowiedziami a rzeczywistością.

Jedną z najbardziej bezpośrednich opinii wygłosiła była mistrzyni UFC Ronda Rousey. Podczas konferencji prasowej przed swoją walką w organizacji MVP nie zostawiła na karcie w Waszyngtonie suchej nitki.

Oh, on [Dana White] wie, że gala w Białym Domu jest do kitu. Forsowali to przez ponad rok i bardzo nie spełniło oczekiwań. Mogę zagwarantować, że on też nie jest z tego zadowolony.

Krytycznie wypowiedział się także Colby Covington, który liczył na występ podczas historycznej gali. W rozmowie z MMA Junkie Amerykanin nie gryzł się w język.

To jest po prostu fatalne. Fani już się wypowiedzieli – nienawidzą tej karty. Jest okropna. Obiecywali sześć albo siedem walk o pas. Teraz mamy jedną walkę mistrzowską i pas tymczasowy, który zrobili w ostatniej chwili.

Covington zwrócił również uwagę na symboliczny charakter wydarzenia.

To 250. urodziny Ameryki. A kto reprezentuje tam Stany Zjednoczone? Wygląda to tak, jakby organizacji już nie zależało.

Również niektórzy zawodnicy, którzy znaleźli się w karcie walk, przyznawali, że spodziewali się innych zestawień. Paddy Pimblett w swoim materiale na YouTube przyznał, że część ogłoszonych walk była dla niego zaskoczeniem.

Szczerze mówiąc, to że karta ma tylko sześć walk było trochę szalone. Nie sądzę, żeby ktokolwiek się tego spodziewał.

Brytyjczyk przyznał też, że spodziewał się znacznie mocniejszego przeciwnika dla Seana O’Malleya.

Myślałem, że O’Malley zawalczy z kimś takim jak Umar albo Sandhagen.

W podobnym tonie wypowiadali się również dziennikarze i obserwatorzy sceny MMA. Były zawodnik UFC Tom Lawlor skomentował ogłoszenie rozpiski jednym zdaniem w serwisie X: „LOL, TO WSZYSTKO?”

Artykuł w The Guardian zwracał uwagę, że karta walk zdecydowanie nie spełnia oczekiwań zbudowanych przez wcześniejsze zapowiedzi Donalda Trumpa i Dany White’a. Autor podkreślał, że zamiast obiecywanych ośmiu czy dziewięciu walk mistrzowskich kibice dostali wydarzenie zaledwie z dwoma starciami o pas.

Mówiąc delikatnie, ta rozpiska nie została dobrze przyjęta.” – dziennik zwracał również uwagę na brak największych gwiazd organizacji, czyli aspekty, na które w tym tekście także zwróciliśmy uwagę.

„Wielu kibiców ubolewało nad zmarnowaną okazją do umieszczenia na tej karcie takich nazwisk jak Conor McGregor czy Jon Jones.” 

Nie wszyscy jednak oceniali kartę wyłącznie negatywnie. Ariel Helwani w swoim programie przyznał, że spodziewa się mieszanych reakcji kibiców i że rozczarowanie części fanów jest zrozumiałe.

Wiem, że są ludzie, którzy są rozczarowani. Wiem, że są tacy, którzy mówią, że to zawód.

Jednocześnie dziennikarz zwrócił uwagę, że mimo wszystko karta zawiera kilka bardzo dużych walk.

Z kolei były mistrz UFC Israel Adesanya skomentował ją krótko na swoim kanale YouTube, sugerując, że organizacja musiała pracować z tym, co było dostępne.

Dobra karta. Naprawdę solidna. Taka, jaka powinna być. Musieli zrobić to z tego, co mieli do dyspozycji.

Mimo takich głosów wielu obserwatorów sceny MMA podkreśla jednak jedno – przy skali zapowiedzi i ogromnym hypie wokół wydarzenia trudno dziwić się temu, że reakcja fanów była w dużej mierze rozczarowaniem.

Zmarnowany potencjał?

UFC Freedom 250 wciąż może być spektakularnym wydarzeniem. Sama lokalizacja, symbolika miejsca i skala całego przedsięwzięcia sprawiają, że gala już teraz zapowiada się wyjątkowo i każdy fan, nawet ten, który nie znajdzie na tej karcie swoich idoli – spojrzy na tę galę. Choćby z czystej ciekawości. Czy będziemy jednak tę galę wspominać za pięć, dziesięć, dwadzieścia lat? Mam wrażenie, że nie.

Problem polega na tym, że przy tak ogromnych zapowiedziach oczekiwania kibiców zostały ustawione bardzo wysoko. Gdy przez wiele miesięcy słyszysz o „największej karcie w historii UFC”, naturalnie zaczynasz wyobrażać sobie coś naprawdę wyjątkowego – galę pełną największych gwiazd organizacji, walk mistrzowskich i zestawień, które już na papierze brzmią jak wydarzenie historyczne.

Dlatego dzisiaj trudno uniknąć wrażenia, że potencjał tej gali nie został w pełni wykorzystany. Bo to nie jest zła karta walk. To po prostu karta, która miała być największa w historii UFC.

Jedną z najciekawszych spekulacji, które krążyły w ostatnich miesiącach, była potencjalna walka Ilia Topuria vs. Islam Makhachev. Pojedynek mistrza wagi lekkiej z jednym z najbardziej dominujących zawodników w całym UFC miałby absolutnie monumentalny wymiar – zarówno sportowy, jak i medialny. To zestawienie numeru 1 P4P z numerem 2 tegoż rankingu. Dana White oficjalnie zaprzeczał, jakoby takie zestawienie było planowane, jednak według informacji przekazywanych w mediach – Topuria rzeczywiście był gotowy przyjąć taką walkę. Ostatecznie jednak temat upadł, ponieważ Makhachev doznał kontuzji i nie był w stanie wystąpić na tej gali. Szkoda, bo gdyby do takiego starcia rzeczywiście doszło, cała karta mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Mówimy przecież o pojedynku dwóch absolutnych gigantów współczesnego UFC – zawodników dominujących sportowo i jednocześnie generujących ogromne zainteresowanie medialne. Walce, która sama w sobie sprzedałaby całe wydarzenie.

W takiej sytuacji nawet jeśli reszta karty nie byłaby aż tak imponująca, jeden gigantyczny main event potrafiłby nadać gali zupełnie inny ciężar. W boksie to przecież bardzo częsty scenariusz – całe wydarzenie opiera się na jednym wielkim starciu. Tutaj jednak tego pojedynku po prostu nie ma.

Podobnie można spojrzeć na inne walki, które spokojnie mogłyby znaleźć się na tej karcie. Choćby niedawno ogłoszony pojedynek mistrzowski Khamzat Chimaev vs. Sean Strickland, który będzie walką wieczoru gali UFC 328 w maju. Dwóch niezwykle medialnych zawodników, ogromne napięcie między nimi i starcie o mistrzowski pas – to zestawienie idealnie pasowałoby do wydarzenia o takiej skali, a odbywa się zaledwie 1,5 miesiąca wcześniej, co oznacza, że zawodnicy są zdolni do walki w tym okresie.

Jeszcze bardziej wyobraźnię pobudza jednak pytanie: jak mogłaby wyglądać naprawdę „największa karta w historii UFC”, gdyby organizacja faktycznie zdecydowała się wykorzystać pełen potencjał tej gali.

Wystarczy wyobrazić sobie kilka zestawień.

  • Jon Jones vs. Alex Pereira – walka dwóch legend i absolutnych ikon MMA.
  • Ilia Topuria vs. Islam Makhachev (lub w obecnej sytuacji Justin Gaethje, jeśli Rosjanin jest kontuzjowany) – pojedynek dwóch najlepszych zawodników bez podziału na kategorie wagowe
  • Conor McGregor vs. Michael Chandler – walka, na którą kibice czekają od lat i która wciąż mogłaby być jednym z największych wydarzeń medialnych w historii UFC.
  • Khamzat Chimaev vs. Sean Strickland – konflikt, który sam w sobie napędza ogromne zainteresowanie kibiców.,
  • Sean O’Malley vs. Cory Sandhagen – obaj zawodnicy wyrażali chęci stoczenia wspólnej walki, rywal miałby zdecydowanie większy sens niż niezbyt zachwycający stylem Zahabi
  • Colby Covington vs. Bo Nickal – obaj zapaśnicy, obaj z Ameryki, obaj chętni na wspólną walkę.

To byłaby karta walk, która rzeczywiście pasowałaby do skali wydarzenia organizowanego przy Białym Domu.

Nie chodzi o to, że obecna rozpiska UFC Freedom 250 nie dostarczy emocji. W MMA często bywa tak, że walki, które na papierze nie wyglądają spektakularnie, potrafią zamienić się w absolutne wojny w oktagonie. Ale w przypadku tej gali chodzi o coś więcej niż tylko sportową nieprzewidywalność.

Chodzi o wydarzenie, które od samego początku było przedstawiane jako historyczne. I właśnie dlatego wielu kibiców – mimo kilku naprawdę świetnych zestawień – wciąż ma poczucie, że ta historia mogła wyglądać trochę inaczej.

źródła: YouTube / Full Send Podcast, BBC Sport, wypowiedzi Donalda Trumpa podczas Kennedy Center Honors, The Ariel Helwani Show, wywiad Conora McGregora z MMA Fighting (2025 rok), wypowiedzi Dany White’a dla Complex, YouTube / Alexander Volkanovski, Happy Punch, JRE MMA Show, Red Corner MMA, Mighty Guru Show, X / Jon Jones, konferencja prasowa UFC 326 – wypowiedzi Dany White’a, wypowiedź Jon Jones podczas spotkania z fanami / Championship Rounds (X), YouTube / Daniel Cormier, konferencja prasowa MVP: Rousey vs. Carano, wywiad Colby’ego Covingtona z MMA Junkie, YouTube / Paddy The Baddy, bloodyelbow.com, YouTube / FreeStylebender, X / Tom Lawlor, theguardian.com | foto: media społecznościowe organizacji UFC, Facebook / KSW (plakat KSW 39)