Jan Błachowicz – underdog, który został mistrzem UFC

999
Grafika: Marek Romanowski/inthecage

Rywalem Jana Błachowicza w pierwszej obronie mistrzowskiego pasa był mistrz wagi średniej, niepokonany co prawda do werdyktu, ale jednak to był pierwszy sprawdzian dla Israela Adesanyi w tej wadze i kto wie czy nie ostatni. I to właśnie on był faworytem przed walką. A Polak, jak zawsze, underdogiem.

BŁACHOWICZ UNDERDOG

Błachowicz już nie po raz pierwszy rozdmuchiwał marzenia zawodników z kategorii średniej o podboju półciężkiej: pokonał Luke’a Rockholda oraz Ronaldo Souzę. Nie jest to jednak jedyny wyznacznik wielkości Polaka. Na swej drodze na szczyt Janek musiał mierzyć się z mocnymi przeciwnikami z dywizji i rzadko kiedy przed taką walką był faworytem. Trudno ocenić czy to z powodu tego, że po prostu każdy fan miał w pamięci gorsze momenty Błachowicza w UFC, czy też to, że nie jest aż tak popularny. A może po prostu eksperci nie tyle co nie doceniali Polaka a po prostu widzieli na przeciwko niego świetnego przeciwnika, za którym przemawiało więcej.

Nie ma co się dziwić, że faworytem walki mistrzowskiej był Dominic Reyes. W oczach wielu on już był mistrzem po bardzo wyrównanej walce z Jonem Jonesem, a starcie z Błachowiczem miało być tylko formalnością. W sumie jeśli spojrzymy na rozkład walk, które zsumowały się na drodze Jana do pasa mistrzowskiego, to otrzymujemy całkiem imponujący bilans, i tylko jedną przegraną walkę z Thiago Santosem. Brazylijczyk jednak zaprzepaścił najbliższą szansę na kolejne spotkanie z Jankiem przegrywając na tej samej gali z Rakicem i to on będzie bliżej mistrzowskiego starcia.

Lista zawodników, która mogłaby walczyć o pas w półciężkiej z punktu widzenia Polaka jest wciąż otwarta, więc nie można mówić o wyczyszczeniu dywizji. Zresztą mimo dużego sukcesu jakim jest pokonanie Adesanyi to zawodnik z Cieszyna nie zamierza w najbliższym czasie podbijać wagi ciężkiej.

Jeśli jednak Polak wygra kolejne obrony pasa to chyba będzie trzeba zacząć o tym rozmyślać, w każdym razie zacząć myśleć o rozpoczęciu polowania na grubą rybę – na starcie z niepokonanym Jonem Jonesem. Takie jest marzenie wielu zawodników półciężkiej, takie było marzenie Israela, i takie jest marzenie wielu zawodników z ciężkiej. Po prostu walka z Jonesem zawsze się opłaca. Chociażby po to by sprawdzić się z najlepszym.

Jan nie rozpamiętuje ucieczki Jonesa, choć pewnie ucieszyłby się na jego powrót do matczynej dywizji. Tymczasem Błachowicz ma kolejny cel i jest nim obrona pasa, w tej kwestii wyraził się jasno.

BŁACHOWICZ FAWORYT

Nie opisywałabym Jana jako typowego dominatora dywizji. Jednak biorąc pod uwagę jego wygraną walkę z Reyesem czy teraz z Adesanyą, wątpliwe by w kolejnych starciach potencjalny pretendent był faworytem. To może skłaniać już do takich rozpatrywań. Ale kropkę nad i postawi dopiero sam Błachowicz. Tym razem z punktu widzenia mistrza. I dopóki UFC nie znajdzie kolejnego kandydata do super starcia z Jankiem to należy rozejrzeć się za rywalem z czołówki rankingu. Może nazwiska nie powalają względem popularności, nie są to zawodnicy, którzy czymś mocnym się oznaczyli oprócz wygranych walk, ale dywizja musi żyć, do tego pod wodzą nowego mistrza. Dopóki Jones bawić się chce w ciężkiej, przynajmniej na razie w teorii, to na celowniku ambitnych półciężkich jest Janek. I to on teraz jest grubą rybą.

W kolejce czeka doświadczony Glover Teixeira. To dla niego prawdopodobnie ostatnia szansa na walkę o pas. Mimo tego, że skończył 41 lat radzi sobie całkiem nieźle i nie wygląda na to by opłacało mu się rzucić rękawice. Przynajmniej nie teraz gdy walka o pas jest na wyciągnięcie ręki. W MMA, wiadomo, wydarzyć może się wszystko, ale chyba w końcu doczekamy sytuacji gdy to Polak będzie faworytem starcia.

Bliżej walki o pas jest także Aleksandar Rakic, który pokonał Thiago Santosa (swoją drogą ciekawe jak na plecach ostatniego zawodnika, który pokonał Polaka, budują swój ranking potencjalni pretendenci). Nie można też wykluczyć rewanżu z Reyesem, choć zapewne do tego Amerykanin będzie potrzebował czegoś więcej niż pokonanie swojego najbliższego rywala – Jiri Prochazki. Tymczasem Prochazka, jeśli wygra, uzupełni listę pretendentów. To już trzy nazwiska, więc jeśli Błachowicz utrzyma formę i nie będzie rozważał testów w wadze wyżej to czeka go w półciężkiej sporo roboty. Tym bardziej biorąc pod uwagę, że wątpliwe by w którejkolwiek z tych walk Jan był underdogiem. Te czasy już odeszły wraz ze smutną miną Dany White’a po walce z Israelem.

GDY UNDERDOG STAJE SIĘ MISTRZEM

To oczywiście tylko takie wrażenie na ten moment. Mocna walka kolejnego pretendenta albo powrót Jona Jonesa znów może postawić w teorii Polaka na straconej pozycji. Jednak na Błachowiczu nie robi to wrażenia. To zawodnik bardzo pewny siebie, on nie czeka na szansę, tylko jej szuka. Nie potrzebuje szczęścia, bo sobie wypracowuje sukcesy. W gruncie rzeczy Jan Błachowicz jest underdogiem tylko z nazwy. Gdy przyjrzymy się bliżej jego postawie to trudno go traktować jako „tego gorszego”.

Może Jankowi brakuje wielu elementów, którymi wyróżniają się co bardziej charyzmatyczni zawodnicy, ale ma nad nimi jedną przewagę (nie, niekonieczne jest to Legendarna Polska Siła): wszechstronność, którą potrafi wykorzystać. W tym połączeniu jego umiejętności stają się siłą. Taktyka musi być mądra, pod rywala, i jak widać kolejny raz Błachowicz i jego załoga odrobiła zadanie.

W każdym razie nawet jeśli znów będą walki, w których Jan Błachowicz będzie underdogiem to głupotą będzie zlekceważenie jego umiejętności. Umiejętności, które stworzyły mistrza UFC. Na papierze każdy może być lepszy. Ale to w oktagonie następuje weryfikacja i underdog staje się mistrzem. Nie magicznie, nie z powodu przypadku, ale dlatego, że wiedział jak walczyć by wygrać.