To miała być jego noc, jego moment i jego pokaz. Zamiast tego – zwycięstwo, które nie smakuje jak wygrana. Michael Page nie szuka wymówek i wprost przyznaje, że zawiódł. Po głośnej, ale rozczarowującej walce z Samem Pattersonem Anglik odsłania kulisy występu, który sam określa jako niewystarczający. Padają mocne słowa o frustracji, presji i własnych błędach.

Michael Page wszedł do klatki w Londynie z jasnym celem – dać efektowne show i zamknąć usta wszystkim, którzy kwestionowali zestawienie. Zamiast tego pojedynek zamienił się w taktyczną przepychankę, która spotkała się z gwizdami kibiców.

Sam zawodnik nie ucieka od odpowiedzialności. Wręcz przeciwnie – uderza przede wszystkim w siebie.

„To nie było wystarczające”

Michael Page przyznał, że jego występ nie spełnił ani oczekiwań kibiców, ani – co ważniejsze – jego własnych.

To nie było wystarczające z mojej strony. Były rzeczy, z którymi spotkałem się w klatce i których się nie spodziewałem. Chciałem być agresywny, ale nie potrafiłem się dostosować. Muszę być dużo lepszy.

Brytyjczyk podkreślił, że po raz pierwszy w karierze poczuł prawdziwą frustrację w trakcie walki.

To pierwszy raz, kiedy ktoś mnie sfrustrował w klatce. Nawet pytałem trenera między rundami, co mam zrobić. To mnie irytowało.

Styl kontra styl… i brak odpowiedzi

Page spodziewał się zupełnie innego scenariusza – otwartej, agresywnej walki ze strony młodszego rywala. Zamiast tego Patterson postawił na ostrożność.

To właśnie ten element kompletnie wybił go z rytmu.

Myślałem, że ruszy do przodu i będzie chciał mnie skończyć. Tymczasem był bardzo zachowawczy. A ja nie znalazłem odpowiedzi, jak zamknąć dystans i narzucić swoją grę.

Mimo to zawodnik nie przerzuca winy na przeciwnika.

Niezależnie od tego, co robi rywal – ja powinienem mieć odpowiedzi. A ich nie miałem. To jest moja wina.

Gwizdy kibiców? „Rozumiałem ich”

W trakcie walki londyńska publiczność nie kryła rozczarowania. Page jednak nie miał z tym problemu.

Rozumiem kibiców. Sam w głowie bym siebie wygwizdywał. Oczekują ode mnie widowiska, a ja też tego od siebie oczekuję. Tym razem tego nie było.

Kulisy frustracji i nietrafionego zestawienia

Brytyjczyk otwarcie przyznał, że już przed walką miał wątpliwości co do zestawienia.

Patterson był kimś, kogo znał ze sparingów i kimś, z kim – jego zdaniem – nie powinien się mierzyć na tym etapie kariery.

To nie był przeciwnik, którego się spodziewałem. Rankingowo to nie miało sensu. Ale chciałem wygrać efektownie i potem dopiero walczyć o duże nazwiska.

Dodatkowo Page zdradził, że UFC ma problem z dobieraniem mu rywali.

Powiedziano mi, że jestem trudny do zestawienia. Mój styl jest niewygodny i wielu zawodników nie chce tego brać.

„Chcę wrócić jak najszybciej”

Mimo zwycięstwa Page nie zamierza długo odpoczywać. Wręcz przeciwnie – chce natychmiast wrócić i zatrzeć złe wrażenie.

Chcę wrócić jak najszybciej. W ciągu kilku miesięcy. Chcę, żeby wszyscy – łącznie ze mną – zapomnieli o tej walce.

Jednocześnie jasno określa cel.

Jestem tu po pas. To się nie zmienia. Muszę tylko pokazać, na co mnie stać.

Jedna walka do końca kontraktu

Ciekawym wątkiem jest sytuacja kontraktowa Anglika. Została mu jedna walka w UFC, ale nie myśli o odejściu.

Chcę zostać i walczyć o tytuł. Potrzebuję tylko odpowiednich walk i szansy, żeby to udowodnić.

Page wskazał też potencjalnych rywali – od Colby’ego Covingtona, przez Kevina Hollanda, po Roberta Whittakera. Jedno jest pewne – oczekuje dużych nazwisk i dużych walk.

„Muszę wrócić do starego MVP”

Na koniec Brytyjczyk nie owijał w bawełnę – wie, czego zabrakło.

Muszę wrócić do starego MVP. Więcej agresji, więcej ryzyka, więcej nokautów. Już planuję zmiany w treningu.

To jasny sygnał – zwycięstwo w Londynie niczego nie zamknęło. Wręcz przeciwnie, otworzyło nowy rozdział.

I wszystko wskazuje na to, że następnym razem Page będzie chciał zamknąć temat… przed czasem.

Zobacz takżeDana White nie był zachwycony występem „Venoma” Page’a: „To był kiepski pojedynek”

źródło: The Ariel Helwani Show | foto: Getty Images