Irlandzki Psychol – Ciężki Gnój

Sam się dziwię, że poświęcam początek długiego weekendu na ten krótki felieton, który będzie dotyczył jednej z postaci, która albo stoi u wrót wielkiej sławy, albo wielkiego upadku. (Nie)stety żaden tweet, żaden komentarz czy nawet(!) emotikona na fejsie nie jest w stanie przekazać choćby w 10% tego, co dzieje się w mojej głowie od jakiegoś czasu. Nie są to żadne elitarne uczucia jak miłość czy nienawiść, nie zajmuje to też znaczącej części moich rozmyślań w ciągu dnia, po prostu podczas skrolowania na komputerze czy telefonie bije po oczach albo jedno i to samo nazwisko, albo liczba 200 poprzedzona trzema mosiężnymi literami U F C. Ale o tym później…

Wielu było takich, którzy poczuli moc i władzę, a skończyli na dnie. Wielu z nich to właśnie sportowcy, którym realny świat przyćmiły złote Rolexy z limitowanych edycji, perłowe Lamborghini w lamparcich skórach, krwisto czerwone perskie dywany, kilogramy kokainy kolumbijskiej jakości, imprezy rodem z Ibizy, na których grają najlepsi DJe na świecie, gdzie platynowy Walker rozlewa się po barze, na którym potem tańczą najbardziej ekskluzywne dziwki o jedwabiście jędrnych i doprowadzonych do perfekcji za pomocą skalpeli ciałach. O ile aktor może w ten sposób funkcjonować(patrz Charlie Sheen), o tyle wizerunek i życie wzorowego sportowca definitywnie się z tym kłócą. Nasz Irlandczyk na razie pochwalił się tylko częścią tego życia na bogato, ale nie to jest najgorsze w tym wszystkim. Zatracił się w ostatnim czasie i zapomniał o podstawowej zasadzie biznesu, o której pamiętają nawet największe rekiny – nie piłujesz gałęzi, na której siedzisz! To jasne, że od jakiegoś czasu ma swoją gałąź, ale zaniedbywane drzewo obumiera, a konary usychają. Drzewo o nazwie UFC, na którym jednak nadal siedzi, choćby jednym półdupkiem rośnie w kryształowej klatce i nie ma prawa odejść w zapomnienie, w przeciwieństwie do Pana McGregora.

Conor chyba nie zdaje sobie sprawy, że po pierwsze pieniądze się kończą, po drugie forma przychodzi i odchodzi, po trzecie jest tylko kolejną małpką w tym obwoźnym cyrku. Zawsze mówiłem o nim „Chael Sonnen 2.0”, i dziś pierwszy raz oficjalnie odszczekuje i przepraszam „Gangstera z Oregonu”, psychol spod znaku koniczynki nie gra w tej lidze. Jedyna rzecz, jaka za nim stoi to pewność siebie, inklinacja do ciężkiej pracy i umiejętności. Chael miał w tym wszystkim dużo lepsze wyczucie, oraz to czego nie ma mistrz wagi piórkowej – umiar. Jest też ostatni aspekt tej całej wyliczanki – przegrałeś swoją ostatnią walkę Ty dziki pojebie! Facet odciągnięty od bongosa wsiadł na rower(prawdopodobnie tylko w ramach kręcenia trailera), wszedł do klatki i pokazał Ci Twoje miejsce w szeregu. Musiałeś zmienić płaszczyznę, bo ledwo trzymałeś się na nogach, Nate Cię zbił i upokorzył! Osobiście oczekiwałem wodospadu pokory, który zrobi z niego prawdziwego mistrza i muszę przyznać, że był taki moment, w którym w to uwierzyłem. Niestety, gdy machina UFC 200 zaczęła rozkręcać się na dobre, cały ten pozytywny obraz rozmył się jak mydlana bańka. Sztorm rozpoczęła informacja o emeryturze, przyjęta dość poważnie, choć wielu wyczuwało dalszy deszcz gównianej gry czołowego piórkowego i nie pomyliło się. Conor jednak nie odchodzi, a do tego sam wstawia się na rozpiskę jubileuszowej gali. I tu zaczyna się chwiać kolos – UFC, która zamiast totalnie zblatować sprawę i rozwiązać to bez udziału mediów, zaczyna grać w przepychanki z McGregorem na forum publicznym. Trochę UFC straciło w moich oczach, bo to przecież oni stworzyli tego potwora, którego nie potrafią teraz okiełznać i wtrącić choćby do złotej klatki. W tym czasie najmądrzejszy z towarzystwa wbija w to wiadomo, co i wyjeżdża na wakacje. Cała sytuacja wydaje się być uratowana przez najlepszych półciężkich, którzy zostają ogłoszeni jako headlinerzy lipcowej gali. Niestety irlandzka gęba się nie zamyka, kolejno pociągając piłą po miodem i mlekiem ociekającej gałęzi. Psy szczekają – karawana jedzie dalej, ale czy szczęśliwie dojedzie do końca, czy rozczaruje na ostatniej prostej fanów, według których bez względu na Main Event gali UFC 200 to UFC 198 prezentuje się lepiej? Tego nie wiadomo, ale gorąco liczę na happy end, nawet, jeśli ma oznaczać on rozstanie się Conora z amerykańskim gigantem. Dość mam jego gwiazdorzenia i kolejnych żenujących zabiegów paramarketingowych. Są one tak podniecające i elektryzujące jak jego forma z ostatniej walki.

Podsumowując tę nierówną walkę, w której to ja, jako obserwator mam trzeźwe spojrzenie oceniając ostatnie poczynania Panów McGragora i White’a życzę wszystkim umiaru, zrównoważenia emocji i chłodnej oceny, oraz tego, aby nie zapomnieli na końcu, dla kogo to wszystko robią, bo w ostatecznym rozrachunku to fani są pracodawcami za równo zawodników jak i federacji.

W tym drobnym akapicie odniosę się do naszych kochanych mediów branżowych – jakość, a nie ilość panowie, jakość…