Tuż przed trzecią walką w UFC Robert Bryczek zabrał głos w ważnej dyskusji o przygotowaniach. Polski zawodnik jasno stawia sprawę – zagraniczne kluby to nie zawsze odpowiedź.

Na dwa dni przed galą w Perth Robert Bryczek znalazł chwilę dla naszej redakcji i szeroko opowiedział o przygotowaniach do starcia z Camem Rowstonem. W rozmowie poruszył temat, który od dłuższego czasu przewija się w polskim MMA – wyjazdy do zagranicznych klubów i ich realny wpływ na rozwój zawodnika.

To stanowisko jest konkretne i mocno osadzone w jego własnych doświadczeniach.

„Nie trzeba wyjeżdżać za granicę”

Bryczek nie ma wątpliwości – fundamentem są ludzie, z którymi pracujesz na co dzień. To oni robią różnicę przed walką.

Ja też podzielam podobne zdanie od lat. Jak ktoś mnie obserwuje, to widzi, że ja nie eksperymentowałem. Trzymałem się stałych sparingpartnerów, stałej ekipy, trenerów, którzy mnie znają. Uważam, że wcale nie trzeba wyjeżdżać za granicę, żeby podnosić swoje umiejętności. Mamy mnóstwo chłopaków w Polsce na podobnym poziomie wyszkolenia. To jest cały czas praca u podstaw.

To jasne nawiązanie do opinii, które w ostatnim czasie wyrażali inni czołowi zawodnicy. Bryczek widzi sens w wyjazdach, ale stawia wyraźną granicę.

Zagraniczne kluby? Tak, ale z głową

Według Polaka wyjazdy mają wartość – jednak głównie jako dodatek, a nie fundament przygotowań.

Może to działa rozwojowo, żeby zobaczyć inne metody, potrenować z topowymi zawodnikami. Mentalnie to też buduje. Ale jeśli chodzi o umiejętności i metodykę, to w większości klubów to się powiela. American Top Team za nas tej roboty nie zrobi.

Bryczek podkreśla, że nawet najlepszy klub na świecie nie zastąpi pracy wykonanej z trenerem, który zna zawodnika od lat.

„Nikt nie poświęci ci tyle czasu co twój trener”

Kluczowy element to indywidualne podejście. I tutaj – zdaniem Bryczka – zagraniczne wyjazdy często przegrywają.

Jak tam przyjeżdża zawodnik z Polski, to nikt nie poświęci mu tyle czasu w 100% jak trener, z którym współpracuje od lat. Stricte przygotowania do walki powinny odbywać się w gronie ludzi, którzy dobrze cię znają.

To podejście było widoczne także w jego ostatnim obozie przygotowawczym. Więcej pracy indywidualnej, więcej taktyki i dopracowania detali pod konkretnego rywala.

Ryzyko i realia sparingów

Bryczek zwraca też uwagę na aspekt, o którym rzadko mówi się głośno – ryzyko kontuzji i niepotrzebnej rywalizacji na sali.

Często kiedy dochodzi do sparingów z nowymi zawodnikami, ten kortyzol jest większy. Nie znamy się, każdy chce coś udowodnić i to sprzyja kontuzjom. Bardzo ważne jest to, żeby wyjść do walki zdrowym, a nie kontuzjowanym.

To argument, który w kontekście krótkich, intensywnych obozów zagranicznych nabiera szczególnego znaczenia.

Sprawdzone drogi prowadzą na szczyt

Na koniec Bryczek przywołuje przykład, który mówi sam za siebie.

Przykładem jest Janek Błachowicz, który najlepszą część kariery spędził w Warszawie i doszedł na sam szczyt.

Wniosek jest prosty – nie ma jednej drogi. Ale fundamentem zawsze są ludzie, którzy stoją za zawodnikiem na co dzień. A już jutro okaże się, jak te przygotowania przełożą się na klatkę w Perth.

Zobacz takżePhil De Fries o najtrudniejszym momencie kariery: „Czułem się jak żart”