Jakub Wikłacz otwarcie mówi o tym, co naprawdę stoi za jego decyzją o odejściu do UFC. Nie chodziło o pieniądze, nie chodziło o komfort. Chodziło o coś znacznie większego – ambicję, która nie dawała mu spokoju.

W rozmowie na kanale Cypriana Majchera polski zawodnik bardzo jasno postawił sprawę. Zdobycie pasa KSW nie było dla niego końcem drogi. Wręcz przeciwnie – było początkiem czegoś, co musiał zrobić, żeby być w zgodzie z samym sobą.

To jeden z najmocniejszych sygnałów, jakie wysyła obecnie polski zawodnik w kierunku światowej czołówki.

„To było coś większego niż pas KSW”

Jakub Wikłacz nie ukrywa, że już w momencie zdobycia tytułu w Polsce wiedział, co będzie dalej.

Zdobywając pas KSW od razu pomyślałem, że okej, ja muszę iść do UFC. Jakbym tego nie zrobił, naprawdę nie mógłbym sam ze sobą żyć. To nie byłoby w zgodzie ze mną i myślę, że dręczyłoby mnie to do końca życia.

To nie była chłodna kalkulacja. To była decyzja, która wynikała z mentalności i sportowej ambicji.

Dla mnie ważniejsze było to, żeby pójść tam i się sprawdzić, niż zostać i wybrać komfort czy bezpieczeństwo. Już samo wyjście za ocean było dla mnie czymś większym.

Wikłacz jasno zaznacza – jego celem nigdy nie było „wygodne mistrzostwo”. Liczy się poziom, na którym rywalizujesz.

Komfort kontra ambicja

Polak bardzo szczerze odniósł się do realiów KSW. Przyznał, że mógł zostać, zarabiać dobre pieniądze i budować swoją pozycję w Polsce. Świadomie jednak z tego zrezygnował.

Mogłem negocjować bardzo dobre warunki finansowe, walczyć przed polską publicznością, budować popularność. Ale mam coś takiego w głowie, że nie mógłbym z tym żyć, gdybym nie spróbował UFC. Nawet gdybym się tam nie dostał, to musiałem to sprawdzić. Inaczej nie dałbym sobie spokoju.

To podejście mocno kontrastuje z częścią zawodników, którzy wybierają stabilizację. Wikłacz poszedł w przeciwną stronę – w niepewność, ale na najwyższym poziomie.

Brutalna prawda o MMA

W rozmowie pojawił się też temat mentalności w klatce. Wikłacz jasno oddzielił „chęć zrobienia krzywdy” od celu, jakim jest zwycięstwo.

Ja chcę wygrać i nie mogę mieć bariery, żeby zrobić komuś krzywdę. Nie mogę mieć hamulca, żeby zrobić komuś krzywdę. Ale to nie jest mój cel. Moim celem jest wygrać. Jeśli będę musiał złamać rękę, udusić do odcięcia czy rozbić przeciwnika – zrobię to. Na to się piszemy.

To jedno z najbardziej szczerych ujęć realiów MMA. Bez patosu, bez udawania – konkret.

UFC jako najwyższy poziom

Wikłacz podkreśla, że różnica między organizacjami nie sprowadza się tylko do nazwisk.

To jest inny level. Tam jest większa próba zawodników, więcej ludzi na bardzo wysokim poziomie i detale robią różnicę. Można być świetnym zawodnikiem, ale bez mentalu się nie odnajdziesz. A ktoś słabszy sportowo może zajść dalej, bo jest mądrzejszy i lepiej to rozegra.

Polak zwraca uwagę na coś, o czym rzadko mówi się wprost – w UFC nie wystarczy być dobrym. Trzeba być kompletnym.

„Nawet jeśli się nie uda – było warto”

Na koniec padły słowa, które najlepiej podsumowują jego podejście.

Oczywiście, że było warto. To jest połączenie sumienia i ambicji. One nie dałyby mi żyć, gdybym tego nie zrobił. Dla wielu to ryzyko. Dla mnie nie. Nic nie tracę – mogę tylko zyskać.

Zobacz takżeJakub Wikłacz wypada z walki. Kontuzja zatrzymuje „Masę”

źródło: Cyprian Majcher YouTube