Marcin Różalski wrócił do klatki, pomógł uratować Różaland i ponownie znalazł się w centrum uwagi polskiego MMA. Choć cel został osiągnięty, sam „Różal” nie ukrywa, że ostatnie miesiące były dla niego wyjątkowo intensywne. W obszernym wywiadzie dla naszej redakcji opowiedział o kulisach walki ze Stjepanem Bekavacem, zbiórce na wykup ziemi oraz powodach, dla których wciąż nie potrafi definitywnie pożegnać się ze sportami walki.
Powrót legendy KSW miał jeden konkretny cel. Chodziło o wsparcie zbiórki dla Różalandu i zabezpieczenie przyszłości miejsca, które od lat stanowi schronienie dla zwierząt. Dziś Marcin Różalski może odetchnąć z ulgą, bo najważniejsza batalia została wygrana.
„Mamy 6,5 hektara ziemi. O to walczyliśmy”
Jednym z głównych tematów rozmowy była zakończona sukcesem akcja ratowania Różalandu. Różalski nie ukrywał wdzięczności wobec wszystkich, którzy wsparli zbiórkę.
Status jest taki, że Różalski ma 6,5 hektara ziemi. Jako Różaland, nie jako osoba prywatna, mamy 6,5 hektara. To jest dokładnie to, o co walczyliśmy. Oczywiście jest w tym pewien paradoks, bo ta ziemia nigdy nie będzie nasza. To zawsze będzie ziemia Skarbu Państwa. Jeżeli kiedyś nie będzie nikogo, kto zajmie się stowarzyszeniem, wróci do państwa. Ale najważniejsze jest to, że cel został osiągnięty.
Były mistrz KSW przyznał, że sam sukces zbiórki był dla niego ogromnym zwycięstwem, nawet jeśli droga do niego prowadziła przez bolesną porażkę w klatce.
Cieszę się z tego niezmiernie. Ci, którzy mnie nie lubią, też powinni się cieszyć, bo pierwszy raz zobaczyli, jak Różalski został porządnie posadzony na tyłku. Ci, którzy mi kibicują, zobaczyli mnie znowu w klatce. Tylko na koniec dnia trzeba sobie uświadomić jedną rzecz. Znów jeden głupek położył się na ołtarzu ofiarnym i znów byłem to ja. I znów ja musiałem dostać po ryju.
„Myślałem, że ta porażka mnie czegoś nauczy”
Różalski wrócił również do starcia ze Stjepanem Bekavacem. Choć przegrał przed czasem, nie zamierza szukać wymówek. Przyznał jednak, że do pojedynku wszedł praktycznie z marszu.
W czwartek dowiedziałem się, że Stjepan jest mańkutem. Ja nie umiem walczyć z mańkutami, bo sam jestem mańkutem. Nigdy nie robiłem na takich zawodników. Nie mówię, że dodatkowy miesiąc przygotowań coś by zmienił, ale może by zmienił. Tego już się nie dowiemy.
Jeszcze ciekawiej zabrzmiały jego słowa o samym zakończeniu walki.
Obejrzałem moment, w którym poleciałem na ziemię. Od razu chciałem wstawać. Liczenie nie zostało rozpoczęte, a powinno zostać rozpoczęte. Chciałem się podnieść. Czy to zmieniłoby wynik? Nie wiem. Nie wierzę, że przez minutę nagle odzyskałbym pełną świadomość i wygrał walkę. Ale fakty są takie, jakie są.
Mimo porażki „Różal” nie ukrywa, że sam powrót do walk sprawił mu ogromną satysfakcję.
Myślałem, że ta przegrana nauczy mnie większego szacunku do własnego zdrowia. Że przestanę być taki nonszalancki wobec siebie i wreszcie odpuszczę walki. Tak myślałem. I na tym się skończyło. Ta walka sprawiła mi mnóstwo radości. Powiem wam więcej. Ja potrzebowałem tej walki. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo jej potrzebowałem. Dopiero kiedy już tam byłem, zrozumiałem, że naprawdę tego chciałem.
„Powiedz pięknej kobiecie, żeby przestała być piękna”
W trakcie rozmowy nie mogło zabraknąć pytania o emeryturę. Temat wraca do Różalskiego od lat, ale odpowiedź pozostała niezmienna.
Masz piękną kobietę. Powiedz jej, żeby przestała być piękna. No nie da się. No właśnie. I tak samo jest ze mną. Powiedz mi, żebym przestał być wojownikiem. Nie da się. Tego nie wyłączysz jak światła. Możesz próbować, ale nie da się.
Legenda polskich sportów walki przyznała, że podziwia zawodników potrafiących odejść w idealnym momencie, ale sam do nich nie należy.
Jeżeli ktoś uważa, że jestem za stary, za wolny albo już się nie nadaję, to niech ogląda kogoś innego. Dzisiaj wybór zawodników jest ogromny. Ja i tak będę robił swoje, bo to sprawia mi przyjemność.
Różalski nie wyklucza kolejnych walk
Choć wielokrotnie zapowiadał zakończenie kariery, dziś ponownie zostawia sobie otwartą furtkę.
Jeżeli pojawi się fajna oferta sportowa, to chętnie zawalczę. Już i tak okazałem się hipokrytą, bo mówiłem, że kończę po walce z Mariuszem Wachem. Później wszedł Stjepan i znowu wróciłem. Może jestem za stary, może za wolny, może ludzie nie chcą mnie już oglądać. Nie wiem. Ale jeśli pojawi się ciekawa propozycja, to nie zamierzam udawać, że mnie to nie interesuje.
Na ten moment najważniejsza dla „Różala” pozostaje jednak przyszłość Różalandu. Cel został osiągnięty, ziemia została wykupiona, a sam były mistrz może choć na chwilę odetchnąć.
Jak sam przyznaje, zdrowia już nie odzyska.
Zdrowia nie ma i nie będzie. Ale jest dobre samopoczucie. A to czasami znaczy więcej niż wszystko inne.
Zobacz także: Jan Błachowicz wraca do pełnych treningów! „Nie ma co czekać, trzeba zgłaszać gotowość”























