To nie była łatwa obrona pasa, choć znów zakończona przed czasem. Adrian Bartosiński po walce wieczoru gali XTB KSW 113 w Łodzi nie uciekał od szczerości – mówił ekskluzywnie dla naszej redakcji o błędach, ciosach na wątrobę, chwilach kryzysu i momencie, w którym poczuł, że Muslim Tulshaev zaczyna pękać. Mistrz wygrał przed własną publicznością, ale wie, że ta walka kosztowała go więcej niż poprzednie.

Adrian Bartosiński obronił pas mistrzowski kategorii półśredniej, pokonując Muslima Tulshaeva przez TKO w trzeciej rundzie walki wieczoru gali XTB KSW 113 w łódzkiej Atlas Arenie. Po pojedynku mistrz udzielił ekskluzywnie dla naszej redakcji długiego, bardzo szczerego wywiadu.

Już na początku, Bartosiński wskazał moment, który – jego zdaniem – niepotrzebnie skomplikował mu walkę.

Jestem debilem. Całą rundę kontrolowałem z góry i na dziesięć sekund przed końcem dałem mu wstać. I jeszcze dałem sobie wsadzić kolano na wątrobę. Schodziłem do narożnika i mówiłem: „ale mi wyk*rwił na bebech” – to mnie kosztowało bardzo dużo.

Ciosy na wątrobę realnie wpłynęły na przebieg walki i samopoczucie mistrza w trzeciej rundzie.

Jak dostałem dół na wątrobę, to czułem, że zabrało mi energię i spięcie. Oddychać było ciężko. Dlatego nawet położyłem się na plecy, żeby chwilę odpocząć. Ale jak brzuch puścił, to wstałem i zacząłem go trafiać.

Jednym z najbardziej zaskakujących momentów była sytuacja z pierwszej rundy, gdy Tulshaev przetoczył mistrza i na chwilę znalazł się z góry.

Zrobił to świetnie. Zapędziłem się za wysoko przy obaleniu, a on idealnie zrobił sweepa. Pomyślałem: dobra, niech się podjara dosiadem – i jak tylko poczułem, że oddaje pozycję, zrobiłem swoje przetoczenie. Sprawdziłem się w trudnej sytuacji i nie było paniki.

Bartosiński przyznał też, że z biegiem kariery coraz bardziej ceni walki, w których musi przechodzić przez kryzys.

Kiedyś wolałem totalną dominację. Teraz wolę takie walki. Jak on miał moment, to wiedziałem: dobra, zaraz ja będę miał swój. Bez załamania, bez paniki.

Moment przełomu mistrz poczuł w trzeciej rundzie.

Jak wstałem i trafiłem go kilka razy, zobaczyłem, że cofa się na siatkę. Pomyślałem: albo kończę w stójce, albo idę w nogi. Obalenie weszło bardzo łatwo, a z góry czułem, że już nie chce wstawać. Wtedy wiedziałem, że to jest ten moment.

Dużo emocji wzbudziło również samo przerwanie walki. Bartosiński nie ukrywał, że był zaskoczony opieszałością sędziego.

Biłem go czterdzieści sekund w pozycji, z której się nie ruszał, i nie słyszałem „broń się”. Dopiero jak sam zwróciłem uwagę i zacząłem bić łokciami, walka została przerwana. Moim zdaniem – za długo.

Po walce mistrz odczuwał przede wszystkim skutki brutalnego parteru.

Ręce mnie bolą, łokieć boli, trochę kolano, bo się zderzyliśmy. Ręce, bo tak go tłukłem.

Na koniec Bartosiński odniósł się też do przyszłości. Na razie nie chce deklarować konkretów, ale jedno jest pewne – nie zamierza długo pauzować.

Jak przestanie boleć ręka i noga, to chciałbym wrócić jak najszybciej. Realnie – marzec. Teraz święta, regeneracja, ale długo siedzieć nie będę.

Zobacz takżeXTB KSW 113 – wyniki. Mistrzowie obronili pasy, „Różal” ciężko znokautowany

Więcej w wywiadzie ekskluzywnie udzielonym naszej redakcji: