To nie była decyzja pod wpływem chwili. Gilbert Burns wszedł do klatki z konkretnym planem na przyszłość, ale po walce zrozumiał jedno – dalej już iść nie ma sensu. Porażka z niżej notowanym rywalem okazała się granicą, której nie chciał przekraczać.

Jeszcze przed galą w Winnipeg Gilbert Burns nie myślał o emeryturze. Wręcz przeciwnie – Brazylijczyk miał w głowie dokładnie rozpisany scenariusz na ostatni etap kariery. Trzy walki, konkretne nazwiska i pożegnanie na własnych zasadach. Wszystko rozsypało się jednak w jednej walce.

Plan był gotowy. Wszystko miało wyglądać inaczej

Burns nie ukrywa, że do pojedynku z Mikiem Mallottem wychodził po zwycięstwo i z jasną wizją kolejnych kroków.

Wierzyłem, że wygram. Miałem plan. Chciałem wywołać Colby’ego Covingtona na International Fight Week. Potem jeszcze jedna walka i na koniec pożegnalny pojedynek w Brazylii.

To miała być przemyślana końcówka kariery – bez przypadku, bez chaosu. Trzy walki i zamknięcie rozdziału.

„Jeśli nie wygrywam takich walk, to koniec”

Porażka przez nokaut w trzeciej rundzie zmieniła wszystko. Kluczowy nie był sam wynik, ale poziom rywala.

Jeśli nie jestem w stanie pokonać Mike’a Mallotta – bez żadnego braku szacunku – to nie powinienem już tego robić. To nie jest o nim. To jest o mnie.

To był dla Burnsa jasny punkt odniesienia. Przegrana z zawodnikiem spoza rankingu była sygnałem, że nie jest już na poziomie, który sam sobie wyznaczył.

Przyszedłem do UFC, żeby być mistrzem, żeby być najlepszym. Walczyłem z czołówką, szedłem łeb w łeb z każdym. Ale jeśli dochodzisz do momentu, w którym nie wygrywasz takich walk, to znaczy, że czas odejść.

Punkt graniczny: Malott

Burns podkreśla, że nie ma żadnych pretensji do rywala. Wręcz przeciwnie – docenia go jako zawodnika i człowieka. Ale sportowo ta walka była dla niego testem.

Walka z Mallottem była dla mnie jasna. Nie jestem już na tym poziomie. Takie jest życie. Boli, ale trzeba to zaakceptować.

Decyzja zapadła natychmiast. Bez kalkulowania, bez szukania kolejnej szansy.

Mógłbym zawalczyć jeszcze raz. Jasne. Ale po co? Nie muszę. Chcę przejść do kolejnego etapu życia.

„Nie chciałem skończyć jak inni”

Brazylijczyk otwarcie przyznał, że nie chciał powielać błędów legend, które przeciągały kariery.

Uwielbiam B.J. Penna, ale nie skończył kariery tak, jak powinien. Vitor Belfort, Anderson Silva – wielcy zawodnicy, ale ich końcówki nie były najlepsze.

Seria pięciu porażek była dla niego granicą.

Mam już serię pięciu przegranych. Wystarczy. Walczyłem z najlepszymi z najlepszych. Jeśli czuję, że nie jestem w stanie wygrywać, to kończę.

Spokój mimo emocji

Choć moment był trudny, Burns nie ma wątpliwości, że podjął właściwą decyzję.

Byłem z tym pogodzony. To trudny moment, ale to była właściwa decyzja.

Zobacz takżeGilbert Burns kończy karierę

źródło: MMA Fighting | foto: sanabulsports.com