Ile razy można być Jonem Jonesem?

Źródło: Marek Romanowski/inthecage.pl

Jon Jones ma wiele żyć w UFC. Niektórzy mówią, że jeśli teraz Mr. Jones znów spartoli to bramy organizacji  będą dla niego zamknięte. Dla mnie nie jest to takie oczywiste. W pewnym momencie wszelkie afery związane z tym zawodnikiem stały się zarazem jego kwintesencją.

Nie jestem wybitną znawczynią MMA, nie interesuję się tyle tym sportem co na przykład kobiecym tenisem, o którym wiem prawie wszystko. O MMA wiem po prostu więcej niż zwykły śmiertelnik. Więc gdy jakiś zawodnik zwróci moją uwagę – robię sportowe rozeznanie i staram się nadrobić wszystkie walki wybranego zawodnika.

I tak siedzę zakopana w walkach Jonesa by obejrzeć co nieobejrzane przed UFC 232 i nagle „pstryk!”. Przecież ten gościu ma tyle negatywnych spraw związanych ze swoją osobą, nie mogę ot tak sobie rozkoszować się jego stylem walczenia, powinny mną targać wyrzuty sumienia!

Ale nie targają. To jest jeszcze gorsze. Wiem, ile złego narobił ten facet, a jednak obserwowanie go w akcji sprawia, że jeszcze bardziej kocham MMA.

Takich dylematów nie powinien mieć żaden fan, żadnej dyscypliny. Czasem w ramach tego, że MMA świeci na firmamencie sportowym od niedawna, ludzie przymykają na to oko. Oj, przecież wiadomo, że i tak wszyscy biorą, ojoj, są teraz w większości organizacji badania antydopingowe, i ostatnie, ale chyba najbardziej uwłaczające godności kibica: ojojoj, pół roku zawieszenia za jakiś krem do ust. Coś w tym stylu.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Rewanż Jonesa z Gustafssonem na UFC 232 – oficjalna zapowiedź [WIDEO]

LISTA GRZECHÓW GŁÓWNYCH JONA JONESA

Coraz częściej w innych dyscyplinach (tych dłużej istniejących oficjalnie niż MMA) jest coś takiego jak piętno dopingowca. Taki Lance Amstrong czy Maria Sharapova zapewne nigdy już tego nie wymarzą z kart swojej kariery. W MMA coś takiego nie jest piętnem. Naprawdę, trzeba by złapać na wspomagaczach więcej niż raz takiego zawodnika.

I Jon Jones jest takim kimś. A jednak… I tak wszyscy czekają na jego powrót. To jest coś czego nie przeskoczymy. Takie są obecnie nastroje w tym sporcie, i tak reagują kibice. Oczywiście coraz częściej takie zachowanie jest poddawane większej krytyce i zapewne nadejdzie czas gdy i w MMA złapanie na dopingu odbije się mocnym piętnem na zawodniku lub zawodniczce. Ale na razie są takie czasy, nie inne i powrót Jonesa załatwia sprawę PPV i zainteresowania fanów.

Gdyby to był tylko doping… A tu jeszcze te wypadki drogowe, alkohol i narkotyki razem w jednym. Ucieczka z miejsca zdarzenia, ranna kobieta w ciąży. Facet powinien być SKREŚLONY!

Ale nie jest. Zapewne wyłącznie z tego powodu bo… tak ładnie walczy.

DZIEŁO OCENIAJMY, NIE ARTYSTĘ

W sensie oceniania sztuki krytycy starają się połączyć osobowość twórcy wraz z jego dziełem, a zarazem to rozgraniczyć. Na przykład obrazy Witkacego, które w opisie mają wykaz leków i środków odurzających, które zażywał artysta gdy je malował, ale nikt z tego powodu nie kwestionuje ich wartości.

Tylko, że sport jawi się jako kwintesencja fizyczności: ile w stanie jest osiągnąć ludzki organizm. I ważne jest by nic nam nie zaśmieciło potencjalnego wyniku. Sport poza tym jest ideą – ma propagować zdrowy sposób życia. Doping nie do końca z tym wszystkim współgra i dlatego jest szykanowany w świecie sportu. Coraz częściej i coraz głośniej.

Więc choćby nie wiadomo jak ładnie walczył pan Jones, to jego odnotowane niedozwolone wspomaganie rzuca się mocnym cieniem na jego „dzieło”.

CZYTAJ TEŻ: Jon Jones: Będę traktował moją karierę z szacunkiem

Zaraz ktoś może odkrzyknąć: „sztuka też powinna być czysta, idea umysłu powinna jawić się bez wspomagania!”. Ale o ile to sprawa artysty ile ścieżek koki wciągnął czy ile miernej jakości czaju wypił pisząc lub malując to sprawą wspomagaczy wśród organizacji interesują się wszyscy.

Stephen King wyznał kiedyś, że niewiele pamięta z pracy twórczej przy pisaniu „Lśnienia” bo był wtedy wiecznie zalany.

Ale King nie włazi do klatki i nie pokazuje swojego przygotowania. Dostajemy książkę i w gruncie rzeczy zapewne większość czytelników nawet nie wie ile litrów alkoholu wlewał w siebie pisarz albo nawet ich to nie interesuje. Pewnie niektórzy nawet nie wiedzą jak wygląda.

A gdy do klatki wchodzi ten nieszczęsny zawodnik MMA, który jeszcze przed wejściem do klatki wypluwa resztki proszków, a trener wyciąga mu z żył igły, a byle „janusz z kanapy” jest w stanie wymienić chemię jaką zażył zawodnik choćby po jego ruchach – to już nie jest tylko dzieło.

Dlatego choćby Jones uprawiał carmageddon po śmiertelnych dawkach koki to nadal znajdą się fani MMA, którzy machną na to ręką. Coś w stylu: „oj, no zjebał, ale przecież ładnie walczy”.

Ale to „ładnie walczy” nagle może stać się wypaczeniem jeśli przyzwalamy na doping w MMA. A oficjalnie nie przyzwalamy. Na pewno nie w UFC.

WIELE PYTAŃ, MAŁO ODPOWIEDZI

Co zrobić w takiej sytuacji? Przestać lubić walki Jonesa? Nie kibicować mu? Odwrócić się od ekranu gdy leci jego walka?

Ile razy można łamać zasady? Może tak. Czy są dla nas ważne zasady w MMA? Zawsze w nas, miłośnikach mieszanych sztuk walki, trochę zawrze jak ktoś uderza po gongu, jak ktoś z premedytacją wymierzy kopa w jaja, albo uderzy rywala w niedozwolony sposób.

Jon Jones nie czuje się oszustem, jak ostatnio zaznaczył. 29 grudnia wyjdzie do walki rewanżowej z Alexandrem Gustafsonem. Będzie to walka wieczoru galu numerowanej UFC 232.

CZYTAJ TAKŻE: Jon Jones daje słowo honoru, że nigdy świadomie nie oszukiwał

Ilu z Was będzie kibicować Jonesowi bez względu na to, co zrobił lub też czego nie zrobił – jak twierdzi? A ilu z Was będzie po prostu kibicować rywalowi Amerykanina tylko z powodu czynów Jonesa?

Nie ściera się we mnie jasna strona mocy z ciemną stroną. Nie jestem ani fanką ani hejterką Jona Jonesa. Starałam się zajrzeć za kulisy bycia takim zawodnikiem. Za kulisy rozgoryczenia „bo to łajdak i kłamca” i za kulisy uwielbienia „przecież walczy naprawdę świetnie”.

I wiecie co? Nie ma wypośrodkowania, nie ma pół na pół o ile po prostu nie pogodzicie się jako fani MMA z tym co Jones sobą reprezentuje jako zawodnik. Jest w tym jakieś światło, które karze nam zmierzać ku idei samego MMA, tego czym jest ta dyscyplina w swych podstawach – dwóch ludzi bijących się według zasad tego sportu. Oczyszczeni z zalet i wad są tylko zawodnikami i do oceny pozostaje tylko to, co wnoszą na matę w ramach swoich umiejętności.

Niestety, z drugiej strony jeśli zapatrzymy się za bardzo w to światło to może się nagle okazać, że jesteśmy ślepi na całą resztę.

Nie mam więc rozwiązania. Mogę Wam napisać co sama zrobię: siądę i obejrzę tą walkę i mam zamiar czuć się przyjemnie jeśli i Jones i jego przeciwnik zaprezentują MMA na wysokim poziomie.

Tylko z tyłu głowy będzie mi brzęczeć irytujący głos, że nawet jeśli oglądam dziś czystego pana Jonesa, to kogo oglądałam wcześniej? Zapewne to ten sam gość, co nie ułatwia sprawy.

Zobaczymy niebawem czy Jon Jones znów będzie Jonem Jonesem. Czy może jest już nowym panem Jonesem? I najważniejsze pytanie: kto by w to w ogóle uwierzył?


WIĘCEJ O JONIE JONESIE: