Dla jednych to zaskakujące zestawienie. Dla drugich – test przyszłości dywizji. Jedno jest pewne: Joe Pyfer nie zamierza przyjechać do Seattle po „lekcję MMA”. On przyjeżdża po moment, który może wywrócić wagę średnią do góry nogami.

28 marca w walce wieczoru gali UFC Seattle Joe Pyfer zmierzy się z Israelem Adesanyą. Amerykanin w rozmowie dla The Ariel Helwani Show jasno zaznacza: to nie jest dla niego „bonusowa walka”. To moment, który może otworzyć mu drzwi do ścisłej czołówki.

To jest sytuacja win-win. Niezależnie od wyniku to jest moment zmieniający życie. Ale ja nie jadę tam, żeby „ładnie przegrać”. Jadę tam, żeby zrobić krzywdę.

– mówi Pyfer.

Amerykanin nie ukrywa, że początkowo oferowano mu inne nazwiska. Jednym z nich był Paulo Costa. Ostatecznie UFC wróciło do niego z propozycją starcia z byłym mistrzem.

Gdy padło nazwisko Izzy’ego, powiedziałem „tak” bez wahania. To w mojej opinii najlepszy zawodnik w historii tej kategorii. I wiem, że nie ma już przed sobą wielu walk. Dla mnie to zaszczyt, ale też okazja, żeby zmienić swoje życie jednym występem.

– podkreśla.

Pyfer przyznaje, że nie był nawet na radarze w kontekście walki z Adesanyą.

Jest wielu gości, którzy „bardziej zasługują” na to zestawienie. Ja jestem numerem piętnaście. Ale to ja tu jestem. I mojej historii nie da się lepiej napisać. Były kontuzje, choroby, wzloty, upadki – i nagle dostaję szansę z jednym z najlepszych w historii.

„Body Bags” nie ukrywa, że nie zamierza walczyć zachowawczo.

Chcę być pierwszym, który naprawdę go zatrzyma. Sportowo. Uczciwie. Ale zamierzam zadać duże obrażenia. To jest to, co robię najlepiej. Jeśli trafię czysto – kończę walkę.

Jednocześnie Amerykanin zdaje sobie sprawę, że z zawodnikiem klasy Adesanyi nie da się iść „na ślepo”.

Nie mogę walczyć tak, jak walczyłem z innymi. On jest za doświadczony, za sprytny. Muszę wywierać presję, ale mądrą. Ten pojedynek pokaże pełnię moich umiejętności – nie tylko jednego ciosu.

Pyfer zdradził też kulisy rozmów z Adesanyą. Według niego były mistrz miał mówić o „przekazaniu pałeczki”, jeśli faktycznie miałby kończyć swoją drogę na szczycie.

Mamy do siebie szacunek. Spotykaliśmy się wcześniej, rozmawialiśmy. On wie, że jestem realnym zagrożeniem. I ja to bardzo doceniam, bo mógłby wybrać dużo łatwiejsze nazwiska.

Amerykanin nie przejmuje się kursami bukmacherskimi ani opinią środowiska.

W społeczności MMA czuję się underdogiem. Wielu ludzi pyta: „dlaczego on?”. A ja mówię: bo będę tym gościem, który przyjdzie i spróbuje go naprawdę skrzywdzić. I zrobię wszystko, żeby wygrać.

Jeśli Pyfer wygra w Seattle, jest przekonany, że otworzy mu to drogę do walk z absolutną elitą – a być może nawet do starcia o pas.

Wygrana z Izzym przenosi mnie z piętnastego miejsca praktycznie do walk o tytuł. To nie jest zwykła walka. To moment, który ustawia całą karierę.

Zobacz takżeAbus Magomedov uderza w Joe Pyfera: „Nie rozumiem, jak można odmawiać walki”

źródło: The Ariel Helwani Show | foto: Getty Images