Niepodrabialny Conor McGregor, czyli wielki powrót gwiazdy UFC

346
Grafika: Marek Romanowski

To nie jest pożyczona sława, tylko jak to mówią Amerykanie „real deal” – poważna sprawa. Można się śmiać z zawodnika, który nazywa się Conor McGregor, z jego cyrkowych zachowań, szaleństw czy afer i gęby, która pomieści cały śmietnikowy słownik. Ale śmiech zawsze ustaje gdy rywal Irlandczyka leży na deskach lub z goryczą przełyka porażkę. Fani znów wsiadają do hype-pociągu, a UFC liczy dolary z reklam i PPV. Tak to się kręci.

Fenomen Irlandczyka jest do opisania w wielu zdaniach lub zaledwie kilku słowach – każdy kibic sportów walki ma jakąś opinię na temat tego człowieka. Ba, nawet ludzie, którzy na co dzień nie interesują się MMA, a i tak mają jakieś pojęcie o Conorze. Wiedzą, że istnieje ktoś taki. Tak mocno przebił się McGregor do świadomości zjadaczy popkultury, że stał się popsportowcem, niczym w Polsce Robert Lewandowski, a na świecie Serena Williams czy LeBron James. Oczywiście nie jest to moim zdaniem nic złego. Taka cena sławy, na którą sumuje się właśnie nie tylko wielki sukces, ale także wyjątkowa osobowość.

Jak UFC sprowadziło Conora z powrotem na dobre tory

Wcześniejsze afery (autobusowa, oskarżenia kobiet czy afera pubowa) plus przegrana z Khabibem Nurmagomedovem wydaje się, że obniżyły zaledwie stosunek fanów do samego Conora. Można było dywagować o rewanżu, choć niewielu spodziewało się, że McGregor pojawi się na takim starciu, że do niego w ogóle dojdzie. I tu wkracza UFC, które dość logistycznie postanowiło przeprowadzić kolejną walkę Conora, a zatem postawić na przeciwko niego całkiem ogarniętego zawodnika, z rozpoznawalnym nazwiskiem czy nickiem, ale też takiego, którego Irlandczyk zdołałby ubić po pełnym obozie przygotowawczym. Bardzo praktycznie rozwiązanie, by nikt nie płakał, że były mistrz piórkowej i lekkiej dostał „ogóra” na przejście. Do tego dochodziły też wątpliwości, bo jednak przerwa od walk u Conora trochę trwała, a i przecież do walki z Dagestańczykiem wchodził po dłuższej pauzie.

Oczywiście, w pewien sposób to wygląda jak ustawka, ale sami powiedzcie co w UFC nie jest ustawką? Zawsze jest ktoś, kogo można wystawić na sprawdzenie formy faworyta. Zawsze są jacyś gatekeeperzy, weterani, którzy testują młodych gniewnych, i tak dalej. Nikt od razu nie dostaje z marszu walki o pas, no może czasem dostaje, ale to są wyjątki.

Taką strategię postanowiono zastosować w przypadku Conora – ułatwić mu w jakiś sposób powrót na ścieżkę sukcesu, zamiast walczyć od razu w rewanżu z Khabibem na przykład. To też strategia długo terminowa, bo zamiast jednej gali z genialnymi liczbami wykręconymi z PPV, będą dwie takie, jeśli oczywiście Conor wygrywa z Cowboyem. To już wiemy, że się stało.

Niebawem czeka nas druga część owej niezwykle prostej strategii UFC – znalezienie odpowiedniego rywala dla Conora. Czy będzie to Masvidal, czy rewanż z Nurmagomedovem, czy może jeszcze z kimś innym – ma już mniejsze znaczenie. Władze amerykańskiej organizacji już to wiedzą – nazwisko rywala ma tu pomniejsze znaczenie. Gala UFC 246 to udowodniła.

To nie jest tak, że wygrana McGregora była pewna. UFC budowało promocję walki na klasycznych zasadach – wielki weteran MMA kontra wielki popsportowiec. Każdy miał swój opis, swoje przedstawienie, każdy wyglądał jak zawodnik, który wchodzi do klatki na to starcie by dokonać czegoś ważnego. Idealnie pasowali tu obaj ze swoim wzajemnym szacunkiem. Zamiast wyszczekanego Conora dostaliśmy ciepłą historię o tym, że tu liczy się tylko sam sport.

Popsport

Chyba nie daliście się na to nabrać? Zawsze trzeba pamiętać, że UFC to biznes. Biznes, dzięki któremu oglądamy wspaniały sport, ale wciąż biznes. Czyż po tej walce nie wrócił szacunek do Conora? Zachowywał się w porządku, był grzeczny, ale dostarczył świetnej rozrywki rozbijając Daniela Cerrone w ciągu niecałej minuty. Ledwo Conor wyszedł z klatki to już zaczęły się spekulacje pod tytułem „co dalej?”.

Dalej maszynka pojedzie na odpowiednim silniku. Tym silnikiem jest gwiazda MMA, największe nazwisko tej dyscypliny aktualnie. Dobry powrót i powrót samego Conora na ścieżkę zwycięstwa to paliwo do tej maszyny, która ma zarobić grube dolary. Nic w sumie tylko się cieszyć. Wciąż więcej jest ludzi, którzy już na zawsze nie będą lubić Irlandczyka, ale i tak go oglądać, niż takich, którzy odwracają wzrok gdy butny zawodnik wchodzi do klatki. To celebryta, który poważnie stawia na sportowy rozwój, idealne rozwiązanie dla MMA. Zamiast tworzenia gwiazd MMA z innych gwiazd mamy tu samorodka – nic tylko brać i czekać aż forsa zacznie spadać z nieba.

Nie wiem na ile coś takiego przeszkadza ludziom. Choćby sam fakt takiego stwierdzenia, które tu sobie ukułam jak popsportowiec. Mi nie przeszkadza zupełnie. Oczywiście są tacy, którym wystarczy wypłata za walki i satysfakcja z czysto sportowego widzenia. Można być nawet mistrzem, najlepszym, a i tak nikt się tobą nie zainteresuje jeśli nie jest hardcorowym fanem. Zresztą opisywałam to już na przykładzie towarów, które reklamują Conor McGregor i Nate Diaz.

Niepodrabialni ludzie zostaną zapamiętani

Boli mnie mocno, że mało się mówi o jakimś skromnym mistrz danej dyscypliny, który zarobił wystarczająco forsy by żyć jak król, ale zamiast lgnąć do świata marketingu, reklamy i rozgłosu woli odpocząć w tym czasie w domu lub pójść na dodatkowy trening. Ale rozumiem to i akceptuję. By tacy sportowcy mogli sobie egzystować i żyć w swojej bańce idei potrzebni są naganiacze. Oni przykują uwagę nowych fanów, powiększą grono kibiców i zainteresowanych. Otworzą furtki na kolejne rywalizacje. Spowodują rozwój.

Powrót Conora

Gdy Conor szedł do klatki by zawalczyć z Cowboyem wydawało mi się, że jest mocno spięty. Że gdzieś z tyłu głowy zagnieździła mu się myśl, że wcale nie jest taki dobry i dziś może znów przegrać. Miałam wrażenie, że miał to wypisane na twarzy. Po tym jak sędzia przerwał walkę w pierwszej rundzie McGregor odetchnął z ulgą i dopiero wtedy mógł być sobą – powrócił pewny siebie zawodnik. Takie chwile często są okupione chwilami presji. To nie są dosłowne maszyny do robienia pieniędzy, ale ludzie z krwi i kości.

Jasne, jak coś spieprzyć to za miliony dolarów. Tylko czy kasa wypełni Conorowi i reszcie popsportowcom całe życie? Czy po to przychodzą wciąż, walczą, rywalizują, są? Na to może składać się wiele czynników: ambicja, pieniądze, sława. Nie wiadomo co z tego jest najważniejsze i co zaważyło, że powrócił? A może wszystko na raz?

Ale miło było mi zobaczyć ten wyraz niepewności na jego twarzy przed walką i odetchnięcie po walce.

To znaczy, że gra nadal trwa dla Conora.

ZOBACZ TAKŻE: