Michael Chiesa stanie do ostatniej walki w karierze na gali UFC Seattle. Po latach w oktagonie Amerykanin zdecydował się odejść na własnych warunkach – i zrobi to przed własną publicznością. Emocje są ogromne, ale decyzja już zapadła.

Dla Michaela Chiesy sobotni pojedynek z Niko Pricem będzie czymś więcej niż kolejnym występem. To zamknięcie całej drogi, którą przeszedł w UFC i MMA. 38-latek nie ukrywa, że ostatnie miesiące były dla niego niezwykle intensywne pod względem emocjonalnym, ale jednocześnie jest pewny swojego wyboru.

„To właściwy moment”

Chiesa podkreśla, że na decyzję o zakończeniu kariery wpłynęło wiele czynników – zarówno sportowych, jak i osobistych:

To surrealistyczne. Zawsze myślisz, że będziesz walczył wiecznie, a potem nagle jesteś w tym momencie. Mam 38 lat, to moja 22. walka w UFC. Ta liczba ma ogromne znaczenie dla mojej rodziny. Wszystko układa się tak, jakby to miał być właśnie ten moment.

Amerykanin nie ma wątpliwości, że lepszego scenariusza na zakończenie kariery już nie będzie:

To najważniejsza walka w moim życiu. Nie mówię, że najważniejsza sportowo – ale najbardziej znacząca.

„Nie chcę, żeby sport skończył mnie – ja chcę skończyć sport”

Chiesa jasno zaznacza, że nie chce przeciągać kariery na siłę. Inspiracją, ale i przestrogą, była dla niego historia jego dziadka:

Nie chcę zostać za długo i stracić części siebie, których już nie odzyskam. Chcę odejść na własnych warunkach, a nie czekać, aż sport odeśle mnie na emeryturę.

Jednocześnie przyznaje, że nadal czuje się w świetnej formie:

Wciąż jestem szybki, wciąż jestem silny, wciąż mogę rywalizować z młodymi. Ale to nie znaczy, że powinienem zostać.

„Nie będzie powrotu”

Zawodnik stanowczo ucina wszelkie spekulacje o ewentualnym powrocie:

Nie jestem gościem, który zakończy karierę i wróci. Nie ogłoszę tego przed wszystkimi, a potem zmienię zdanie. Są rzeczy ważniejsze niż pieniądze. Ten moment, ta walka – to coś, co chcę zapamiętać na zawsze.

Najważniejsze? Samo wyjście do walki

Chiesa zaskakująco mało mówi o wyniku walki. Dla niego liczy się coś zupełnie innego:

Najbardziej czekam na samą drogę do oktagonu. Chcę stanąć w tunelu, usłyszeć muzykę i przeżyć to jeszcze raz. Wygrałem już w życiu. Mam rodzinę, zdrowie, karierę po karierze. Ta walka to tylko wisienka na torcie.

„Chcę zapamiętać każdy moment”

Zawodnik zdradza, że jego celem jest przeżycie każdej sekundy tego ostatniego występu:

Chcę pamiętać każdy detal tej walki.
Jeśli będę walczył dalej, te wspomnienia się rozmyją.

Jednocześnie przyznaje, że emocje są ogromne – i stara się je „wyrzucić” jeszcze przed walką, aby w oktagonie zachować pełne skupienie.

Po walce? Nadal rywalizacja

Chiesa nie zamierza całkowicie odcinać się od sportu:

Zawsze będę rywalizował. Może jiu-jitsu, może inne rzeczy – znajdę sposób, żeby to robić.

Jedno jest pewne – sobotni wieczór w Seattle będzie dla niego symbolicznym zamknięciem pewnego rozdziału. Walką, którą zapamięta na zawsze.

Zobacz takżeUFC Seattle – karta walk. Gdzie i jak oglądać galę z udziałem Marcina Tybury?

źródło: YouTube / ESPN MMA | foto: Jeff Bottari/Zuffa LLC