Podróże po galach #1 – Mistrzowski maraton

Grafika: Marek Romanowski/inthecage.pl

Wakacyjne gale organizacji UFC to prawdziwe szaleństwo. Największa organizacja MMA na świecie wspięła się na wyżyny, zestawiając w ciągu zaledwie dwóch miesięcy aż siedem (!) pojedynków o pasy. Kilka gal już za nami, ale przed nami prawdziwe petardy…

Nigdy wcześniej, w ciągu zaledwie dwóch miesięcy, nie odbyło się aż tyle pojedynków, których stawką były pasy mistrzowskie największej organizacji MMA na świecie. Można by zatem rzec, że jesteśmy świadkami tworzenia się czegoś wyjątkowego w historii.

Wszystko zapoczątkowała niesamowita gala UFC 239 w Las Vegas, która odbyła się 6 lipca. Ujrzeliśmy na niej niesamowity występ naszego najlepszego zawodnika kategorii półciężkiej – Jana Błachowicza, który zyskał wreszcie medialny blask po znokautowaniu byłego mistrza dywizji średniej – Luke’a Rockholda. Na lipcowej gali padł także nowy rekord najszybszego nokautu w historii UFC, gdy w zaledwie 5 sekund Jorge Masvidal piekielnie ciężko i niesamowicie widowiskowo powalił Bena Askrena. Na gali UFC 239 także po raz pierwszy w karierze, dominator dywizji półciężkiej – Jon Jones wygrał niejednogłośną decyzją sędziów w starciu z Thiago Santosem, a była mistrzyni – Holly Holm poniosła pierwszą w karierze porażkę przez nokaut, zafundowany przez podwójną królową organizacji – Amandę Nunes.

Kolejnym dużym wydarzeniem tych wakacji była gala UFC 240, czyli druga numerowana gala największej organizacji MMA na świecie w lipcu i co ciekawe – okazała się drugą z rzędu „dużą” galą, na której wystąpił Polak, w dodatku także na karcie głównej. Mowa oczywiście o Krzysztofie Jotce, który okazał się niejednogłośnie lepszy od miejscowego rywala, wygrywając pierwszą walkę na nowym kontrakcie. Gala w Kanadzie obfitowała w nieco mniejszą liczbę widowiskowych skończeń, ale ciężko nie wspomnieć o fantastycznym starciu Cris Cyborg Felicią Spencer, której odporności szczęki zapewne pozazdrościł sam Alistair Overeem. Walką wieczoru był pięciorundowy pojedynek o pas mistrzowski pomiędzy Maxem HollowayemFrankiem EdgaremBłogosławiony po nieudanej przygodzie w wyższej dywizji powrócił do swojego królestwa i zostawił za sobą kolejną ofiarę.

Co jeszcze przed nami? Bardzo wiele! Tak naprawdę to dopiero początek…

UFC on ESPN+ 14: Shevchenko vs. Carmouche 2 – 10 sierpnia

Już w tę sobotę organizacja UFC po raz pierwszy zawita do Urugwaju. W związku z chęcią wejścia tam z przytupem – zdecydowano się już na pierwszym wydarzeniu w tamtych rejonach zestawić pojedynek mistrzowski (dlaczego na taki ruch nie zdecydowali się przy okazji gali w Polsce?!). W walce wieczoru ujrzymy rewanż pomiędzy Valentiną ShevchenkoLiz CarmoucheBullet będzie miała możliwość pomścić swoją pierwszą porażkę sprzed kilku lat, z którą do dziś trudno jej się pogodzić, gdyż według jej narracji (ciężkiej do zweryfikowania) prowadziła całe starcie do momentu rozcięcia i przerwania lekarskiego. Co było dawniej – nie jest już istotne, gdyż aktualnie obie zawodniczki wydają się być na nieco innych etapach swoich karier. Czy będzie to pojedynek do jednej bramki, jak w zestawieniu Valentiny z Jessicą Eye? Trudno powiedzieć, ale ciężko taki scenariusz wykluczać. Z drugiej zaś strony – nikogo nie powinna zdziwić decyzja sędziowska w tej walce.

Na gali w Urugwaju zobaczymy także pojedynek kolejnego polskiego zawodnika – Oskara Piechoty, który wraca w niezbyt sprzyjających warunkach – ponad roczna przerwa, kontuzja, pierwsza porażka w zawodowej karierze. Do tego, rywal Polaka jest naprawdę bardzo groźnym grapplerem. Jego klasę potwierdza chociażby fakt, że ma raptem 5 zwycięstw (wszystkie walki rozstrzygnięte przed czasem – 4 przez poddania) i już załapał się na angaż w największej organizacji MMA na świecie. Jego bilans pojedynków w grapplingu to 100-9-1! I co ciekawe, tylko raz przegrał przez poddanie, pozostałe porażki ponosząc na punkty. Zatem – przed Imadłem piekielnie trudne zadanie. Warto wstać i trzymać kciuki!

Koniec? A gdzie tam!

Przed starciem pań, odpalone zostaną prawdziwe fajerwerki. Być może po tej wojnie konieczna będzie wymiana oktagonu, bo nikogo pewnie nie zdziwi scenariusz, w którym to Vicente Luque Mikiem Perrym go doszczętnie zdewastują, dzieląc się wzajemnie bombami i okładając niebywałymi ciosami. Organizacja UFC wykonała świetny ruch, zestawiając tych dwóch fenomenalnych zawodników razem. Wiedzieli, co robią, gdyż obaj posiadają niesamowicie widowiskowy styl walki i mnóstwo fanów na całym świecie. Na miliard procent – w tej walce nudy nie będzie!

Na karcie urugwajskiej gali zobaczymy także wielokrotnie przekładany pojedynek Volkana Oezdemira Ilirem Latifim. Obaj zawodnicy mieli się pierwotnie zmierzyć na gali w Szwecji, lecz kontuzja pleców Szweda zmusiła go do wycofania się z walki na zaledwie dwa dni przed wydarzeniem. Następnie, starcie to planowano na galę w Newark – 3 sierpnia, lecz problemy wizowe Szwajcara uniemożliwiły mu udział w tym wydarzeniu. Ostatecznie i po wielu trudach – do walki dojdzie właśnie na urugwajskiej gali, a walka zapowiada się naprawdę ciekawie.

UFC 241: Cormier vs. Miocic 2 – 17 sierpnia

Kolejna numerowana gala organizacji UFC i zaś – niesamowita karta walk.

W walce wieczoru kalifornijskiej gali dojdzie do rewanżu na szczycie kategorii ciężkiej. Najlepszy zawodnik bez podziału na kategorie wagowe (wg rankingu UFC) i były podwójny, a aktualnie pojedynczy mistrz – Daniel Cormier ponownie stanie w oktagonie naprzeciwko Stipy Miocica. Pierwsze spotkanie w klatce obu panów miało miejsce w lipcu 2018 roku, kiedy to obaj wchodzili do oktagonu jako mistrzowie – Cormier jako czempion wagi półciężkiej, zaś Miocic – ciężkiej. DC już w pierwszej rundzie odprawił rywala ciosami, ciężko go nokautując i zagarniając drugi pas mistrzowski. Czy to był przypadek? Czy Stipe jest w stanie pokonać Cormiera, czy poniesie ponowną klęskę? Czy Miocic, nie walcząc przez ponad rok, będzie „zardzewiały”? Czy DC jest najlepszym ciężkim w historii tego sportu? Na te pytania uzyskamy odpowiedzi już niebawem, ale zanim…

To po raz kolejny odpalimy fajerwerki!

Tak, możecie iść do bukmachera i śmiało postawić cały swój dorobek na to, że w tej walce na pewno nie będzie nudnego dociskania do siatki, leżenia na przeciwniku czy czekania przez 4 min i 59 sek na wyprowadzenie pierwszego ciosu. Nikt na świecie nie spodziewa się takiego stylu walki po Anthonym Pettisie ani po Nathanie Diazie! I słusznie, bo ci zawodnicy nigdy nie „zamulają”, tylko zawsze dają kapitalne boje. Na szybko, jest ktoś w stanie wymienić nudną walkę w wykonaniu któregoś z tych zawodników? No właśnie. Co ciekawe, obaj zawodnicy mają braci, którzy także wojowali bądź wojują w największej organizacji MMA na świecie. Starszy z braci Pettisów – Anthony, być może przeżywa aktualnie „drugie życie” w nowej kategorii wagowej. Wiele osób łapało się za głowę, gdy jeszcze do niedawna – zawodnik kategorii piórkowej, notujący ostatnio serię porażek wyzwał do walki byłego dwukrotnego pretendenta do pasa dywizji półśredniej – czołowego fightera tej kategorii – Stephena Thompsona. „Przecież Pettis to by mu mógł buty czyścić nie schylając się!”, „Mismatch!”, „Co taki Pettis mu zrobi, Thompson go znokautuje w pierwszej rundzie!”. Aż tu nagle… malutki Anthony wchodzi do oktagonu, daje krwawą wojnę z Wonderboyem i… nokautuje go superman punchem, zapisując mu w ten sposób pierwszą w karierze porażkę przez nokaut! Pierwszą nie tylko w MMA, ale przypomnijmy – Thompson dawniej wojował w kickboxingu, gdzie tocząc mnóstwo walk (wszystkie wygrywając) ani razu nawet nie leżał na deskach. „A-a-ale jak to? Przecież Woodley nie dał rady go znokautować, a piórkowy Pettis to zrobił? Eee, na pewno laki pancz.”

I wreszcie… niewidziany w oktagonie od niemalże dokładnie trzech lat… legendarny, młodszy z braci Diazów – Nate, zdecydował się na powrót! Można nie lubić jego stylu bycia, można nie przepadać za jego charakterem, ale jednego odmówić mu nie sposób – jest niesamowicie widowiskowym zawodnikiem i prawdopodobnie najtwardszym gościem, który kiedykolwiek stał w oktagonie UFC. Gdyby tak zamknąć go tam z pięcioma wygłodniałymi lwami, myślicie, że choć przez sekundę poczułby strach? A gdzie tam. Oczywiście, największą sławę, Nathan zyskał wszystkimi konferencjami prasowymi, zamieszaniami, wyzwiskami kierowanymi w stronę Conora McGregora. Od dawna wołał o pojedynek z Irlandczykiem, a gdy okazało się na kilka dni przed dużą galą, że ówczesny mistrz dywizji lekkiej – Rafael dos Anjos wypadł z walki, z powodu kontuzji – Diaz nie zawahał się ani chwili i wkroczył na zastępstwo do ówczesnego czempiona kategorii piórkowej. Conor trenował, bo przecież miał walczyć o pas, Diaz prawdopodobnie w jakimś tam lekkim treningu był, ale nie przygotowywał się do żadnej walki, zatem obroty miał na 100% mniejsze. McGregor uważany wówczas za bóstwo nie do pokonania, z siłą ciosu 5 razy mocniejszą od Francisa Ngannou, przecież miał łatwiutko wygrać z młodszym z braci Diazów. Aż tu nagle… Ups! Legenda nieśmiertelnego Irlandczyka została brutalnie obalona, gdy już w drugiej rundzie desperacko ruszył po obalenie, które Nate świetnie skontrował, będąc szybko zmuszonym do odklepania duszenia zza pleców. A potem ten słynny wywiad po walce, któż go nie pamięta? Zacytować tych słów nie powstydził się nawet sam Damian Grabowski po znokautowaniu Karola Bedorfa. Później był rewanż, który zakończył się większościową decyzją na korzyść McGregora, lecz kto nie chciałby obejrzeć trzeciego starcia? Póki co – już niebawem obejrzymy fenomenalną wojnę między Pettisem a Diazem. Popcorn, chipsy – i lecimy!

Ale zanim dojdzie do tej walki, czas jeszcze na dwóch posiadaczy „boskiego ciała”. Mowa oczywiście o Yoelu RomeroPaulo Coście, których to zestawiano już trzykrotnie i póki co, każda próba kończyła się niepowodzeniem. Ale teraz, odpukać – wszystko na to wskazuje, że wreszcie się doczekamy tego niesamowitego starcia. Z jednej strony mamy zawodnika, który nie przegrał w karierze żadnego pojedynku, zwyciężając 12 – w tym aż 11 przez nokauty i raz przez poddanie, z drugiej zaś – byłego dwukrotnego pretendenta do mistrzostwa dywizji średniej, który bezpowrotnie zabrał kilka lat życia aktualnie panującemu mistrzowi – Robertowi Whittakerowi, łącznie spędzając z nim w oktagonie 50 min, dając niebywałe wojny, o których nie będzie wstydu opowiadać za kilkadziesiąt lat swoim wnukom. Ciężko, w przypadku tego pojedynku wizualizować sobie inne skończenie niż nokaut w jedną albo drugą stronę… Tylko no właśnie, w którą? Czy Costa obroni nieskazitelny bilans i dopisze do swojego rekordu najcenniejsze zwycięstwo, ubijając prawdziwego twardziela? Czy może Romero da powód hejterom do pisania w komentarzach pod wpisami i zdjęciami Costy: „Hype train się wykoleił!”, „Balonik pękł!”, „Hahahah, jesteś nic niewartym bumem!”?

Jak już się dowiemy, jak opadną emocje, to o dziwo nie tydzień później, a dopiero dwa, bo na sam koniec miesiąca – czeka nas ostatnia wakacyjna gala organizacji UFC, na której także nie zabraknie ciekawych starć.

UFC on ESPN+ 15: Andrade vs. Zhang – 31 sierpnia

Podobnie, jak w przypadku Urugwaju – organizacja UFC planuje bardzo mocno inwestować w rynek chiński. Nie ma w tym zresztą niczego dziwnego, bo jeśli na dobre tam wejdą – mogą osiągnąć naprawdę sporo profitów. Ale do tego trzeba naprawdę mocnego walnięcia. I chyba ciężko sobie takie wyobrazić bez pierwszego chińskiego mistrza? A to może nastąpić już niebawem.

Po wywalczeniu pasa na swoim terenie, Jessica Andrade wcieli się w rolę swojej ostatniej rywalki – Rose Namajunas i poleci bronić swojego trofeum na wrogi teren, do Chin. Jej rywalką będzie fenomenalna Chinka – Weili Zhang, która może się pochwalić niebanalną serią 19 zwycięstw! Zawodniczka z Chin jedyną porażkę poniosła debiutując w zawodowym MMA. Od tamtej pory nikomu nie udało się znaleźć na nią sposobu, w żadnej z płaszczyzn. Wbrew temu, co niektórzy kanapowi eksperci twierdzą o słuszności przyznania jej szansy wywalczenia pasa mistrzowskiego – to wcale nie musi być (i prawdopodobnie nie będzie) spacerek dla Brazylijki. Chinka bowiem, mimo raptem trzech zwycięstw w UFC, jest naprawdę niesamowicie utalentowaną i wszechstronną zawodniczką. Nawet osoby niespecjalnie lubiące oglądać walki kobiet, przyznają często, że gdy walczy Zhang – chętnie odpalają streama bądź TV, gdyż Chinka dysponuje naprawdę szerokim wachlarzem umiejętności i jest w stanie znaleźć odpowiedź na niemal każdą akcję rywalki. Czy historia zatoczy koło i niesiona dopingiem swojej publiczności pretendentka wyrwie pas z rąk mistrzyni? Czy mistrzyni, która po zmianie kategorii wagowej z koguciej na słomkową, jedyną porażkę w nowej dywizji poniosła wyłącznie z rąk ówczesnej mistrzyni – Joanny Jędrzejczyk, obroni swoje niedawno zdobyte trofeum? W tej walce praktycznie wszystko się może zdarzyć i typując zwyciężczynię, równie dobrze można rzucić po prostu monetą. Andrade na pewno będzie miała po swojej stronie przewagę siłową, zaś pozostałe elementy oktagonowej gry zdecydowanie faworyzują Chinkę. Czy znokautuje Andrade? Raczej nie, ale poddanie jak najbardziej wchodzi w grę.

Do akcji podczas gali w Chinach powróci także Jingliang Li, który ostatni raz znokautował, właśnie na swoim terenie – Davida Zawadę. Tym razem zmierzy się z kolejnym zawodnikiem posiadającym jakieś polskie korzenie – Elizeu Zaleskim dos Santosem, który jest nieco niedocenianym przez UFC zawodnikiem, gdyż posiadając 7 zwycięstw z rzędu w największej organizacji MMA na świecie – nadal walczy z nienotowanym w rankingu zawodnikiem, co zakrawa o totalne lekceważenie Brazylijczyka. A przecież walczy w naprawdę widowiskowym stylu i nigdy nie zanudza w oktagonie. Może po pokonaniu Chińczyka wreszcie otrzyma dużo poważniejsze wyzwania? A może to Pijawka przerwie niesamowitą serię zwycięstw Zaleskiego dos Santosa? Jeśli zaś wejdzie w walkę niedobudzony, jak to miał wielokrotnie w zwyczaju – będzie o to ciężko…

A teraz… wisienka na torcie!

UFC 242: Khabib vs. Poirier – 7 września

Po kilku latach przerwy, organizacja UFC zdecydowała się powrócić do Abu Dhabi i to nie z byle jakim wydarzeniem, bo numerowaną galą, na której main event czeka cały świat.

Do drugiej obrony mistrzowskiego pasa stanie niepokonany Khabib Nurmagomedov, który podejmie rękawice z tymczasowym czempionem dywizji lekkiej i dwukrotnym pogromcą Maxa Hollowaya – Dustinem Poirierem. Wiele osób uważa, że Diament jest w stanie zagrozić aktualnemu mistrzowi i dopisać mu pierwszą porażkę w zawodowej karierze. Po zmianie kategorii wagowej, z piórkowej na lekką – Poirier zaledwie raz poniósł porażkę, w konfrontacji z Michaelem Johnsonem, a zwyciężał aż dziewięciokrotnie. Mistrz natomiast… porażki do tej pory w zawodowym MMA nie doświadczył, ba, prawdopodobnie przegrał zaledwie jedną(!) rundę i to w ostatniej konfrontacji z Conorem McGregorem, choć czy aby na pewno ją przegrał? Jak powiedział sam Khabib, podczas konferencji prasowej w Londynie, „Wszyscy mówią o jego pięciu zwycięstwach z rzędu. A co powiecie na 27 zwycięstw z rzędu?”. Każda konfrontacja mistrza niesie za sobą pewną nutkę ciekawości, jego fani modlą się o zachowanie zera w rekordzie, zaś jego hejterzy – z każdym pojedynkiem Rosjanina łudzą się, że właśnie tym razem nastąpi moment utraty statusu niepokonanego zawodnika MMA. Jak będzie tym razem? Czy twardość, niesamowita kondycja, fenomenalna stójka i genialna defensywa Poiriera wystarczą na niebywale silnego, nigdy niełapiącego zadyszki, posiadającego niebywałe zapasy Nurmagomedova? Myślę, że nie ma na świecie eksperta, który jednoznacznie wykluczyłby zwycięstwo któregokolwiek z tych zawodników.

Na karcie w Abu Dhabi ujrzymy również rewanżowe starcie pomiędzy Edsonem BarboząPaulem Felderem. Jeśli ktoś nie pamięta poprzedniego pojedynku tych zawodników – czym prędzej, po skończeniu czytania tego tekstu proponuję go nadrobić! Co to była za batalia… Jeśli panowie wespną się na wyżyny swoich możliwości i przynajmniej powtórzą to, czego dokonali ponad 4 lata temu – bonus za walkę wieczoru mają już w kieszeni, a w zasadzie na koncie bankowym, bo komu do kieszeni zmieściłoby się 50 tys. dolarów? Prawdę mówiąc – zestawiając tak widowiskowych zawodników razem – ciężko oczekiwać nudnej walki. Chociaż… Ngannou z Lewisem byli nazywani królami nokautów, a jak ich pojedynek się skończył, chyba każdy pamięta… No ale w tym wypadku na pewno tak nie będzie!

Na gali UFC 242 zobaczymy także powracających do akcji bardzo utalentowanych zawodników: Curtisa Blaydesa, który podejmie ostatniego pogromcę Marcina Tybury oraz Islama Makhacheva, który mocno na wyrost, jest namaszczony wśród rosyjskich fanów na następce Khabiba.

Po maratonie „mistrzowskich” gal – czeka nas chwilowa przerwa od pojedynków posiadających pas na szali, ale… Wystarczy spojrzeć na te dwa nazwiska – Cerrone vs. Gaethje i żadne pasy nie są potrzebne. Toż i tak będą się bić przez pięć rund! Chociaż… ktoś w to wierzy?

Jednym słowem – najbliższych wydarzeń przygotowanych przez organizację UFC nie wolno przegapić. Matchmakerzy przygotowali naprawdę wiele niesamowitych pojedynków, które na pewno na długo pozostaną w pamięci fanów MMA. Czy po przeczytaniu tego tekstu, jest ktoś, kto się nie ekscytuje chociaż jedną omówioną walką?! Miłego oglądania!