Wystarczyło 90 sekund, by stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych debiutantów w UFC ostatnich lat. Cztery nokdauny, wojna bez kalkulacji i bonus na start – Iwo Baraniewski wszedł do największej ligi świata drzwiami wyważonymi z zawiasów. Teraz jednak sam mówi jasno: euforia się skończyła, a głowa musi pozostać zimna.

Debiut Iwo Baraniewskiego w UFC był jednym z najbardziej wiralowych momentów tego roku. Starcie z Ibo Aslanem zamieniło się w brutalną strzelaninę – cztery nokdauny w 90 sekund, presja, chaos i zwycięstwo Polaka, które obiegło cały świat. Bonus, tysiące nowych fanów, fala zaproszeń i ogromny hype.

Sam zawodnik przyznaje, że pozwolił sobie na chwilę euforii – ale tylko na chwilę.

Daję sobie moment po walce na cieszenie się tym, na zachwyt, że się udało, że był bonus i zwycięstwo w UFC. A potem? To było – minęło. Czas na kolejną walkę. Nie mogę myśleć, że nie wiadomo kim jestem, bo wygrałem jedną walkę w UFC.

– podkreśla w materiale opublikowanym na kanale Filipa Lewandowskiego.

Baraniewski nie ukrywa, że presji… praktycznie nie czuje. Ani na etapie Contender Series, ani przed debiutem w UFC.

Nie czułem żadnej presji. Wręcz mniej się stresowałem niż przed walkami w Babilonie. Tam dopiero w klatce puszczało. W UFC już wiedziałem, że jestem tam, gdzie chciałem być. To mnie tylko bardziej motywowało.

Mimo wiralowej sławy i medialnego szumu, Polak nie zamierza budować kariery na „bijatykach dla klikalności”. Podkreśla, że debiut nie jest jego docelowym stylem.

To była moja pierwsza taka walka. Wcześniej starałem się w ogóle nie dostawać po głowie. Nie mam planu, żeby wdawać się w wojny i tracić zdrowie. Chcę jak najmniej przyjmować, a jak najwięcej zadawać.

Co dalej? Baraniewski celuje w powrót wiosną.

Fajnie by było zawalczyć pod koniec marca albo na początku kwietnia. Na razie nie ma terminu, ale już w styczniu wracam na spokojnie do treningów.

Debiut, który wyglądał jak szaleńcza bijatyka, był w rzeczywistości walką toczoną na pół gwizdka… zdrowia. Baraniewski ujawnił, że na trzy tygodnie przed pojedynkiem doznał poważnej kontuzji pleców. Ból był na tyle silny, że w pewnym momencie nie był w stanie się schylić ani nawet wysiedzieć drogi z Poznania do Warszawy. Okres sparingowy praktycznie nie istniał – zawodnik nie robił zapasów ani parteru, a przygotowania ograniczały się do tarcz i pracy technicznej, przeplatanych codziennymi wizytami u fizjoterapeuty.

Trzy tygodnie przed walką rozwaliłem plecy. Nie sparowałem w ogóle. Nie robiłem zapasów, nie robiłem parteru. Robiłem tylko tarcze – i to z umiarem. Po każdych tarczach plecy się spinały i musiałem iść na fizjo. Codziennie.

– przyznał.

W praktyce oznacza to, że jedna z najbardziej szalonych bitew w historii debiutów w UFC została stoczona przez zawodnika, który wszedł do klatki bez pełnego przygotowania fizycznego – i mimo to zdołał wygrać w stylu, który porwał każdego fana MMA.

Po jednym z najmocniejszych debiutów w historii polskiego MMA w UFC, Iwo jasno stawia granicę między euforią a pracą. Hype – owszem. Sodówka – nie.

Zobacz takżeUFC podsumowuje najlepsze walki 2025 roku. Iwo Baraniewski w elitarnym gronie

źródło: YouTube / Filip Lewandowski | foto: MMA Fighting