Sebastian Przybysz udanie wrócił do rywalizacji przed własną publicznością. Były mistrz kategorii koguciej podczas gali XTB KSW 120 w Gdyni pokonał jednogłośną decyzją Edgarsa Skrīversa, a po walce w rozmowie z naszą redakcją nie ukrywał, że odzyskał radość z rywalizacji i ponownie celuje w mistrzowski pas.
Dla Sebastiana Przybysza sobotni występ był czymś więcej niż tylko kolejnym zwycięstwem. Choć obecnie reprezentuje WCA Fight Team i na co dzień trenuje w Warszawie, to właśnie Trójmiasto pozostaje miejscem, z którym jest najmocniej związany. Przed własnymi kibicami były mistrz KSW zaprezentował bardzo dojrzały i taktyczny występ, pewnie punktując Edgarsa Skrīversa przez pełne trzy rundy.
„Wrócił zadowolony z życia Sebastian Przybysz”
Po zakończeniu walki „Sebić” nie ukrywał, że najważniejszą zmianą nie była ta sportowa, a mentalna. Jak przyznał, po trudniejszych miesiącach ponownie czerpie radość z samego procesu rywalizacji.
Tak, wrócił ten Sebastian Przybysz. Przede wszystkim wrócił zadowolony z życia Sebastian Przybysz. Dzisiaj od samego rana, od momentu kiedy się obudziłem, czułem wszystkie emocje. Czułem stres, czułem strach przed tą niewiedzą, co za chwilę się wydarzy. To bardzo nieprzyjemne uczucie, ale… naprawdę mi tego brakowało. Pomyślałem sobie: 'Ale fajnie’. Chodziłem z tym przez cały dzień, robiłem ćwiczenia oddechowe, skupiałem się i naprawdę się cieszyłem. Tego właśnie potrzebowałem. Tego zabrakło mi w ostatniej walce. Ostatnie pół roku, a nawet dłużej, było dla mnie bardzo wyboiste, ale mam wrażenie, że w końcu wszystko poukładałem. Jestem zadowolony z miejsca, w którym jestem i wiem, że to dopiero początek. Idę po pas w tym roku. Wróciłem i zamierzam być już tylko coraz lepszy.
„Chciałem zaburzyć jego układ nerwowy”
Wielu kibiców spodziewało się, że Przybysz będzie szukał przede wszystkim zapasów. Ostatecznie walka zamieniła się jednak w bardzo techniczny pojedynek w stójce. Były mistrz KSW zdradził, że taki był plan od samego początku.
Wszyscy zakładali, że będziemy się szarpać i będę próbował go przewracać. Podejrzewam, że Edgars też był na to przygotowany. Obejrzeliśmy jednak z trenerami jego walki i doszedłem do wniosku, że moją aktywnością i sposobem poruszania mogę trochę zaburzyć jego układ nerwowy. Mam dość nietypową stójkę, inną niż większość kickbokserów. On jest przyzwyczajony do zawodników chowających się za podwójną gardą, a ja cały czas pracuję na nogach, zmieniam rytm i dokładam kolejne elementy. Chciałem go cały czas zasypywać bodźcami, żeby otwierać sobie kolejne ciosy i kopnięcia. Z mojej perspektywy była to bardzo taktyczna walka. Być może nie wszyscy uznają ją za najbardziej widowiskową, ale taki był plan.
Przybysz przyznał również, że próbował sprowadzeń, jednak szybko zrezygnował z forsowania tego elementu.
Po walce powiedziałem trenerom, że to przecież jest MMA i oczywiście chcielibyśmy spróbować zapasów. Dwa czy trzy razy podszedłem do tego, ale od razu poczułem, że jest na to świetnie przygotowany. Nie chciałem siłować się na siłę. Uznałem, że lepiej wykorzystać same zejścia pod nogi jako kolejne przyruchy i zmuszać go do następnych reakcji.
„Słuchałem narożnika, tylko musiałem im coś wyjaśnić”
Podczas transmisji można było odnieść wrażenie, że narożnik bardzo mocno zachęcał Przybysza do częstszych prób obaleń. Sam zawodnik wyjaśnił naszej redakcji, jak wyglądała komunikacja między rundami.
Ja naprawdę słuchałem narożnika. Po drugiej rundzie trenerzy zapytali mnie nawet, czy dobrze ich słyszę. Powiedziałem, że tak, ale nie jestem w stanie odpowiednio ustawić go pod obalenie i nie chcę się z nim siłować. Wyjaśniłem, że wolę wykorzystać to pod kolejne przyruchy. Kiedy im to powiedziałem, zrozumieli mój punkt widzenia i zmieniliśmy plan. Najbardziej chyba właśnie w tym jednym aspekcie się różniliśmy, ale szybko doszliśmy do porozumienia.
„Trójmiasto zawsze będzie moim domem”
Choć dziś Przybysz mieszka i trenuje w Warszawie, nie ukrywa, że walka w Gdyni miała dla niego wyjątkowe znaczenie. Po zwycięstwie zwrócił się również do kibiców, zachęcając ich do jeszcze głośniejszego dopingu przed walką wieczoru.
Trójmiasto to miejsce, w którym spędziłem większość życia. Moje serce cały czas jest tutaj. Jestem stąd i ci ludzie są ze mną w jakiś sposób związani. Bardzo się cieszę z ich obecności i dopingu. Wiedziałem, że przyszli tutaj zobaczyć nowego mistrza, jakim został Bartek Leśko, i ja też chciałem to zobaczyć. Dlatego chciałem ich jeszcze bardziej nakręcić do dopingu. Wiedziałem, że Bartek wszystko usłyszy w szatni. Później spotkaliśmy się już po walce i powiedział mi, że faktycznie to słyszał i bardzo go to zmotywowało.
Gotowy wskoczyć do walki o pas
Były mistrz nie zamierza długo czekać na kolejną szansę. Jak zdradził naszej redakcji, zgłosił już gotowość do ewentualnego zastępstwa w walce o pas.
Od razu zapytałem Wojsława Rysiewskiego, czy Yakymenko ma już zakontraktowaną walkę. Powiedział mi, że tak. Odpowiedziałem, że jeśli wydarzy się cokolwiek i jego rywal wypadnie, to mają od razu dzwonić do mnie. Dzisiaj odpoczywam, ale będę gotowy. Jeśli pojawi się taka okazja, wchodzę bez zastanowienia.
Zwycięstwo nad Skrīversem pozwoliło Sebastianowi Przybyszowi wrócić na zwycięską ścieżkę i ponownie jasno zadeklarować swoje mistrzowskie ambicje. Wszystko wskazuje na to, że były czempion kategorii koguciej zamierza jak najszybciej ponownie włączyć się do walki o odzyskanie pasa.
Zobacz także: Maciej Różański po efektownym nokaucie: „Walczę o pas. To jest mój cel od samego początku”
foto: materiały prasowe KSW
























