Śpię, bo oglądam KSW 50

Grafika: Marek Romanowski/inthecage.pl

KSW 50 – gala wielkich serc i wielkich charakterów! Daliście się na to nabrać? Bo ja nie. Żeby nie było nieporozumień – nie żałuję, że zapłaciłam za PPV by obejrzeć jubileuszową galę KSW. Zapłaciłam za dostęp do transmisji, a nie za jakość walk.

Za następną galę pewnie też zapłacę (aż ich tak dużo nie ma w roku żeby zbankrutować). Przynajmniej będę miała pewność, że będzie lepsza niż ta w Londynie.

Pierwsze zdanie wstępu może być nieco mylące, ale tyle się nasłuchałam o tych wspaniałych serduchach do walki i o tych wielkich charakterach, że aż się prosiło trochę potrollować.

Właściwie miałam sobie odpuścić londyńską galę. Karta walk nie pociągała mnie, a gdy powypadało parę nazwisk nie widziałam powodu by przeznaczyć na taką rozrywkę cztery dyszki z portfela. Ale plany nieco się pozmieniały i doszłam do wniosku, że spojrzę, co mi tam! Może akurat będzie ciekawie.

I tylko 7 walk…

Co można było otrzymać w zestawie 50. gali KSW? Zamiast, jak zawsze, 9 walk – doszło do skutku 8. Ok, można zrozumieć. Ale prawda jest taka, że ja (i pewnie większość ludzi oglądających transmisję) oglądała wyłącznie 7 walk. Podczas ostatniej walki (szumnie nazywanej walką wieczoru!) znalazłam nagle czas by ściągnąć pranie z suszarki, pójść do kuchni umyć kubeczki, wysłać smsa do kolegi, zajrzeć na forum tenisowe, a właściwie to ostatnie trzy rundy czytałam sobie książkę.

Tymczasem widzowie na Wembley wykorzystali nudną walkę o pas wagi ciężkiej KSW do tego by wyjść z hali i przetransportować się do domów. Normalnie by ktoś to skomentował tak: „smutny to widok”. Ale tu akurat brakiem zainteresowania widzowie idealnie trafili w jakość walki.

Ogólnie walki były przewidywalne, i mnie ani złamana noga Marcina Wrzoska ani serducho do walki Michała Pietrzaka nie zaimponowały. Kolejny raz słyszę jak komentatorzy upychają utartym schematem, że niektórzy zawodnicy braki umiejętnościowe nadrabiają sercem i charakterem.

Kiedyś to brzmiało fajne i chwalebnie, teraz jest po prostu nudne i nie wyczerpuje tłumaczenia.

Chciałabym by w tych galach, którymi wciąż się ekscytuję i na które nadal czekam, coś się zmieniło. Jeśli KSW nie chce iść dalej, nie rozwijać tego rankingowo, organizować mniejszych gal, podwoić ilości zawodników, itp., to mogliby chociaż pozostać na takim samym poziomie jak zawsze.

Londyńska gala to nie dwa kroki do tyłu (żeby zrobić jeden do przodu chyba…), ale po prostu olewcze potraktowanie fana tej organizacji. Jubileuszowa gala, która powstała jakby spisana na kolanie, machnięciem ręki, bez zapewnienia chociażby ułudy, że „następna walka mnie porwie, dobre to zestawienie!”.

A zamiast tego missmatche, jakiś zagraniczny gwiazdor, który właśnie się dowiedział na czym polega wpierdol w MMA i walka wieczoru, która ciągnęła się niczym wyeksploatowany autobus komunikacji miejskiej w godzinach szczytu.

Też mam charakter i też mam serce. Ale pewnego dnia charakter naprawdę powstanie mi z kolan i się zbuntuje, bo serce już i tak złamane przez tą nieszczęsną galę.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Podsumowanie KSW 50 – MMA TuNajt Lajf